W dziale znajdziesz bazę instytucji, które promują działania opierające się na zasadach lekkiej stopy. Możesz tutaj poczytać o akcjach i kampaniach, które zostały podjęte w celu aktywizowania lokalnych społeczności. Informujemy też o wydarzeniach, w których możesz wziąć udział.
Jeżeli grasujesz po miejskiej dżungli na rowerze, ale uważasz, że konie mechaniczne nadal mają nad Tobą przewagę, zacznij odliczać czas do ostatniego piątku miesiąca. To właśnie wtedy, zawsze o 18, rowerzyści większości krajów świata spotykają się na Masie Krytycznej. Idea powstała w San Francisco w 1992 roku. Wirus rozprzestrzeniał się szybko, polskich miast nie oszczędził.
Sprawdź, gdzie spotykają się rowerzyści w Twoim mieście. Poniżej podajemy przykładowe strony internetowe polskich mas krytycznych:
„Czuję się bardzo samotna…z takim poczuciem wygnania …
Bardzo brakuje mi miejskiego szumu, świateł, przyjaciół, rodziny. A tutaj tylko narzekam i narzekam…na muchy, na komary, na błoto, że wszędzie daleko … .” [1]
„… mieszkam na wsi i bardzo tęsknie za miastem.. za domem w którym kiedyś mieszkałam .. za moimi znajomymi, tutaj jestem zupełnie odizolowana od świata….” [2]
„… kobiety to przeciążone ogniwo polskiej zmiany systemowej; są obarczone nadmiarem obowiązków i cierpią na brak czasu.” [3]
„Okazuje się, że kobiety, … , rozpoznają w sobie nawzajem, w grupie, wielki potencjał doświadczeń, wiedzy, energii. Wsparcie, jakie dają sobie wzajemnie, otwartość na współpracę, niezwykłe zaangażowanie, jest dla innych wielkim wzmocnieniem.”[4]
„Ciężko Ci usiedzieć w miejscu, lubisz się zaangażować w sprawę, a do tego wiesz, co dzieje się to tu, to tam?”
Tak! Jestem osobą, która musi coś robić. Angażuję się na różnych płaszczyznach życia społecznego w miejscowości, której mieszkam: festyny, parafiady, konkursy piosenki, zabawy. Patrząc na wszystkie te inicjatywy najcenniejszą jest zupełnie inna, ta bez której podjęcie każdej innej działalności byłoby trudne. Przez kolejne dni będę poszukiwać we wspomnieniach wydarzeń, które stworzą jej obraz.
Środa 15 grudzień 2010 rok
10 lat temu przeprowadziłam się z dużego miasta, z Wrocławia, do małej wsi Mrozów. Nie znałam nikogo, weszłam w całkiem obce środowisko. Brakowało mi spotkań i rozmów z przyjaciółmi. Należę do tej grupy kobiet w naszej społeczności lokalnej, które nie pracując zawodowo prowadzą dom i wychowują dzieci. Kobiety w podobnej sytuacji często odczuwają flustracje, gdyż sama praca domowa nie daje im satysfakcji. Inną grupę stanowią te, które pracują zawodowo dojeżdżając do Wrocławia. Czasochłonne dojazdy powodują, że nie mają możliwości poza pracą i obowiązkami domowymi na wygospodarowaniu czasu dla siebie, na relacje towarzyskie.
Kilka lat temu w gronie kilku koleżanek zapoznanych przez działalność w Radzie Rodziców przedszkola i szkoły podstawowej zaczęłyśmy spotykać się na pokazach pojemników Tupperware. Wtedy zrodził się pomysł kontynuowania tych spotkań.
I tak rozpoczęły się nasze Babskie Wieczory, które trwają do dziś.
Czwartek 16 grudzień 2010 rok
Sposobem na pierwsze spotkania były wieczorki filmowe, wyszukiwałyśmy ulubione filmy i zapraszałyśmy się nawzajem. Najczęściej były to komedie romantyczne, gdyż przy takich filmach mogłyśmy swobodnie porozmawiać i pośmiać się do łez. Jeden z wieczorów zapadł mi szczególnie w pamięci. Umówiłyśmy się na oglądanie filmu „Mamma Mia”, musicalu opartego na piosenkach ABBY. Przebrałyśmy się w stroje w stylu lat 70-tych i tańczyłyśmy naśladując bohaterki filmu.
Były to chwile na odreagowanie od zmęczenia, problemów, chwile zatrzymania się w tym ciągle zmieniającym się, szybkim tempie życia.
Piątek 17 grudzień 2010 rok
Nasze grono było twórcze, nieustannie poszukiwałyśmy nowych sposobów miłego spędzania czasu.
Na Babskie Wieczory przynosiłyśmy przygotowaną przez siebie potrawę. Jakie pyszności przez te lata miałam możliwość skosztować… Sałatka z kaszą gryczaną … pychota! Wymieniałyśmy się przepisami choć nie zawsze wychodziło tak smacznie jak koleżance. Obecnie często rozpoznajemy, które ręce przygotowały poczęstunek i mamy swoje specjalności kulinarne.
Sobota 18 grudzień 2010 rok
Nasze grono powiększało się, gdyż proponowałyśmy spotkania kolejno poznanym osobom. I one wnosiły nowości. Jedna z babeczek zaprosiła na wieczorek swoją córkę – konsultantkę Oriflame, która przeprowadziła szkolenie makijażu i umożliwiła wypróbowanie kosmetyków. Mogłyśmy poznać zasady pielęgnacji skóry i nakładania makijażu. Pasja i zaangażowanie z jaką przedstawiała produkty sprawiły, że trzy z nas zostały konsultantkami. Co jakiś czas odwiedza nas przedstawiając nowości Oriflame.
Niedziela 19 grudzień 2010 rok
Po wakacjach spotykałyśmy się na wspomnieniach z wakacji, Przynosiłyśmy zdjęcia z naszych urlopów. Poznałyśmy ciekawe miejsca i różne formy odpoczynku.
Pasjonujemy się chodzeniem po górach, spływami kajakowymi lub biwakowaniem w zacisznych miejscach.
Poniedziałek 20 grudzień 2010 rok
Nie obyło się bez spotkań na śpiewająco. W okresie Bożego Narodzenia spotykałyśmy się na wspólnym kolędowaniu i dzieleniu się opłatkiem.
W okresie letnim przy grillu śpiewałyśmy piosenki biesiadne i turystyczne, opowiadałyśmy dowcipy. Powrót do młodości sprawił, że repertuar piosenek był bardzo bogaty. Począwszy od szant, poprzez piosenkę harcerską, oazową i turystyczną. Poznawałyśmy środowiska, z których pochodzimy. Ojojoj, po niektórych koleżankach nie spodziewałam się tak ciekawej młodości…
Wtorek 21 grudzień 2010 rok
Mieszkamy na wsi, blisko natury. Wykorzystywałyśmy te uwarunkowania na wypady rowerowe do lasu, nad staw. Czekamy z niecierpliwością na ocieplenie, gdyż już planujemy naukę trekkingu, które przeprowadzi koleżanka z zawody nauczyciel wychowania fizycznego. Będziemy mogły zacząć uprawiać trekking w naszych lasach.
Środa 22 grudzień 2010 rok
Czas, który ze sobą spędzamy jest dla nas bardzo cenny, dlatego wzbudził w nas pragnienie aby nasi mężowie zapoznali się ze sobą i nawiązali relacje. Zaczęłyśmy organizować wspólne zabawy. I tak bawiliśmy się z małżonkami na wieczorze azjatyckim, na uroczystościach imieninowych, na „Letniej zadymie w środku zimy”. Mężczyźni może nie mają potrzeb spotykania się dla samego spotkania, ale chętnie towarzyszą nam na imprezach przez nas zaaranżowanych.
Po warsztatach KLANZy nauki tańca integracyjnego z koleżanką bezskutecznie próbowałyśmy wprowadzić je na festynach czy innych imprezach wiejskich Udało się nam to dopiero w gronie naszych babeczek i ich małżonków, dzięki tym inicjatywom krąg „zarażonych” nową formą zabawy jest coraz szerszy.
Czwartek 23 grudzień 2010 rok
Podjęłyśmy również próby wspólnych wyjazdów. I tak pojechałyśmy do teatru na sztukę „Klimakterium”, do kina, czy koncert charytatywny Stanisława Sojki. Są to już trudniejsze w realizacji przedsięwzięcia, gdyż nie wszystkie z nas mogą wyjechać na dłużej.
Piątek, 24 grudzień 2010 rok
Bardzo ważnym, przełomowym wydarzeniem, które uświadomiło mi jak istotne w zaangażowaniu społecznym są bliskie relacje z innymi była decyzja zamknięcia przedszkola w naszej miejscowości. Pod koniec kwietnia 2007 wójt ogłosił swoją decyzję, przez kolejny miesiąc walczyliśmy o utrzymanie przedszkola. Gdy nasze argumenty i protesty nie odnosiły pozytywnego dla nas skutku zdecydowaliśmy się założyć stowarzyszenie, które będzie prowadzić przedszkole. To właśnie wtedy okazało się, że możemy liczyć przede wszystkim na nasze babeczki, które ze zrozumieniem i gotowością zaangażowały się w tą inicjatywę.
W ciągu 3 miesięcy wakacyjnych założyliśmy stowarzyszenie i niepubliczne przedszkole, które mogło od września kontynuować swoją działalność. Nasza nieformalna grupa stała się świadoma swojej odpowiedzialności za miejscowość , w której mieszka. Od 3 lat prowadzimy przedszkole. Bierzemy aktywny udział w remontach i porządkach w naszej placówce. Organizujemy i prowadzimy festyny przedszkolne i zabawy wiejskie. Stanowimy grupę, na której pomoc można liczyć przy akcjach organizowanych przez inne grupy działające w naszej miejscowości.
Nasze spotkania poświęcamy również na działalność społeczną. Przed świętami spotykamy się, aby przygotować stroiki czy kartki świąteczne na kiermasz, którego dochód przeznaczamy na zakup zabawek do przedszkola. Przynosimy wtedy różne drobiazgi, które zalegają nam w domach: koraliki, kartki czy kartonowe, kolorowe opakowania, wstążki oraz szyszki i orzechy. Z tego tworzymy nasze świąteczne dzieła sztuki.
Sobota, 25 grudzień 2010 rok
W 2007 roku zorganizowałyśmy opłatek wiejski, w czasie którego wystawiłyśmy Jasełeka. Do przedstawienia zaprosiłyśmy swoich mężów,
ks. Proboszcza i siostrę przełożoną zgromadzenia s.Albertynek z Mrozowa. Jasełka miały formę żartobliwą, dzięki czemu każdy artysta mógł kreować swoją postać. W czasie przedstawienia byliśmy równocześnie aktorami i widzami, grając swoje role bawiliśmy się świetnie. Było to niepowtarzalne przedstawienie. Wywołało wiele życzliwości w ludziach i ta atmosfera trwała przez całe spotkanie.
Niedziela, 26 grudzień 2010 rok
Ostatnie spotkanie odbyło się 3 grudnia. Poznałyśmy nową koleżankę Grażynkę. Zorganizowałyśmy na wieczorku mały kiermasz świąteczny, którego dochód przeznaczony jest na zakup zabawek do przedszkola. Temat, który zdominował nasze rozmowy dotyczył niestety zapowiedzi wójta naszej gminy o zamknięciu Szkoły Podstawowej w Mrozowie. Stajemy przed kolejnym wyzwaniem z wielkimi obawami …
Obecnie nasze „babskie wieczory” tworzy ok. 15 kobiet. Dzięki naszej potrzebie nawiązywania i podtrzymywania kontaktów, tworzenia więzi, przyjaźni , stworzyłyśmy grupę osób, które stymulują się wzajemnie do aktywności. Zachęcamy się i pobudzamy do działania współtworząc spotkania. Poszukujemy nowych form. I nie tylko to. Ukierunkowały nas na bardziej aktywny i twórczy wymiar naszego życia społecznego. Uważam, że nasze przyjacielskie więzi ułatwiły nam wyjść poza nasz krąg i skoncentrować się na trosce o dobro wspólne naszej społeczności lokalnej.
Wierzę, że będziemy potrafiły razem, wspólnie zorganizować się, aby bronić naszego lokalnego dobra i podejmować nowe wyzwania.
[1] Forum Kobiet: http://www.netkobiety.pl/t8802.html
[2] Forum Kobiet: http://www.netkobiety.pl/t8802.html
[3] art. „Na wsi kobietom jest dużo trudniej” http://www.kobieta.gov.pl/?1,9,447,200804
Coraz więcej celebrytów angażuje się w medialne akcje i nakłania do ekologicznego stylu życia. Zachęcają nas do zainwestowania w energooszczędne oświetlenie, do oszczędzania wody czy do noszenia zakupów w bawełnianej torbie o najmodniejszym wzorze.
Wszystkie te happeningi są niewątpliwie bardzo pożyteczne, jednak czasem rozczarowują powierzchownością.
Przejście przez życie „lekką stopą” wymaga dogłębnej refleksji i kompleksowych rozwiązań. Do uzdrowienia organizmu nie wystarczy jedno lekarstwo.
Najlepiej zmienić styl życia. Całą jego filozofię.
Z ekologią jest tak samo. Trzeba spojrzeć na problem całościowo i zmienić sposób myślenia. Chodzenie na zakupy z torbą wielokrotnego użytku nie wystarczy.
Jeden ważny argument w czasach kryzysu jest nie do przecenienia. Życie ekologiczne jest ekonomiczne!
Zachęcam, żeby każdy przyłączył się do akcji, która już od jakiegoś czasu była propagowana na zachodzie. Spróbujcie przeżyć jeden miesiąc za grosze. Uregulujcie stałe rachunki, takie jak prąd, gaz, czynsz itp. Przeznaczcie sobie na każdy tydzień określoną (mniejszą niż zwykle) kwotę pieniędzy. To będzie Wasz limit, którego pod żadnym pozorem nie możecie przekroczyć.
Taki eksperyment niesie ze sobą same profity. Dzięki powyższym ograniczeniom kupujecie tylko najpotrzebniejsze artykuły. Koniec z kompulsywnymi zakupami. Czas pożegnać nikomu niepotrzebne produkty, które kupowane pod wpływem impulsu, wcześniej czy później lądują w koszu i powiększają lawinowo rosnącą górę śmieci na wysypisku.
Doświadczenie to uczy także kreatywności. Kiedy chcesz mieć nowy ciuch, a jesteś ograniczony przez nieprzekraczalny budżet, zawsze możesz zrobić coś z niczego. W końcu potrzeba jest matką wynalazku!
Wystarczy zrobić porządek w szafie i trochę pokombinować. Tu coś odciąć, tam coś przeszyć, dołożyć nowy element, poszukać alternatywnych dodatków. Poszukiwania przynoszą dużo radości. Z kolei, gdy kończą się pieniądze przeznaczone na jedzenie, można zajrzeć w odmęty kuchennych szafek i przekonać się, że ze znalezionych tam składników można wyczarować naprawdę wykwintne potrawy. Wiem co mówię, bo sam przeprowadzając ten eksperyment też dotarłem do tego etapu .
Nagle wszystko staje się kwestią pomysłowości. Zmienia się punkt widzenia.
Jest jeszcze jeden bardzo ciekawy i pouczający sposób na sprawdzenie „lekkości swojej stopy”.
Wyobraźcie sobie, że mamy poniedziałkowy poranek, a śmietnik w Waszym mieszkaniu jest pusty, gdyż opróżniliście go poprzedniego wieczoru. Od tego momentu wszystko, co wyrzucicie będziecie musieli nosić ze sobą do końca tygodnia. Będziecie przemieszczać się
z wyprodukowanymi przez siebie odpadami do pracy, na zakupy, na imprezy, nosząc je cały czas przy sobie. Czy w tej sytuacji kupicie wodę mineralną w małych buteleczkach? Czy może postawicie na ekonomiczne opakowanie? Czy zdecydujecie się na herbatę
w jednorazowych torebkach? A może polubicie liściasty napar? A co z zakupami produktów spożywczych? Sięgnięcie po plastikowe tacki, widelczyki, kubeczki? Lista rzeczy, które mogłabym tu wymienić jest naprawdę długa.
Niestety wciąż jeszcze niewiele osób potrafi myśleć w ten sposób. Dlatego zachęcam do refleksji nad opisanymi zagadnieniami.
Warto pochylić się nad tą kwestią, by dojść do wniosku, że uważne, ekologiczne życie przynosi same pożytki.
Pozwala odciążyć Matkę Ziemię, sprawia, że w portfelu pozostaje więcej pieniędzy i daje poczucie zadowolenia, kiedy udaje nam się zrealizować wytyczane cele!
„Ze starego nowe. Ze znanego nieznane. Z używanego premia.” Idea Przetworów opiera się na promowaniu recyklingu jako alternatywy dla masowej konsumpcji. Zaproszeni artyści będą przetwarzać pozornie niepotrzebne już surowce na designerskie przedmioty. Kto zainteresowany, niech rezerwuje sobie weekend 10-12 grudnia 2010 i zajrzy na stronę:
Zbliża się kolejna edycja Watch Docs. Po raz dziesiąty będziemy mieli okazję oglądnąć filmy związane z tematyką praw człowieka. Tym razem organizatorzy przygotowali ponad 80 dokumentów z całego świata. W ramach festiwalu odbywa się również konkurs. Zostanie w nim wyłoniony najlepszy film dokumentalny, który został wyprodukowany w ciągu ostatniego roku. Festiwal odbywa się w Warszawie w dniach 3-12 grudnia 2010. Wybrane filmy zostaną później wyświetlone w innych polskich miastach w ramach Objazdowego Festiwalu Filmowego Watch Docs. Wejścia na projekcje są bezpłatne.
„Zrób coś dla klimatu i przeciw ubóstwu” – te słowa przez miesiąc będą słyszeć widzowie kin w całej Polsce oglądając najnowszy video klip międzynarodowej kampanii i Polskiej Zielonej Sieci DLA KLIMATU – PRZECIW UBÓSTWU. Celem kampanii jest uświadomienie bogatym społeczeństwom Polski, Niemiec i Francji, że nieprzewidywalne zmiany klimatu stanowią dziś najpoważniejszą przeszkodę w walce ze światowym ubóstwem. Kampania promuje także działania zapobiegające zmianom klimatu w imię globalnej solidarności. Więcej (kliknij)
W Niemczech spot miał premierę na festiwalu filmowym Berlinale. Do dziś obejrzało go już 700.000 osób w kinach i w internecie. Polska premiera klipu odbyła się 23 kwietnia w sieci kin studyjnych. Od 7 maja klip będzie również pokazywany w kinach ogólnopolskiej sieci Multikino. Internetową platformą wiedzy o kampanii jest strona www.dlaklimatu.pl, zawierająca informacje na temat kampanii, kin biorących udział w akcji, wskazówek co można zrobić by zmieniać obecną sytuację w jakiej znaleźli sie najbardziej potrzebujący mieszkańcy krajów rozwijających się.
Kampania dla Klimatu – Przeciw Ubóstwu odbywa się równolegle w trzech krajach – Polsce,Niemczech oraz Francji. Pokazuje, jak emisje CO 2 wytwarzane przez kraje bogate, w tym Polskę, pogłębiają ubóstwo w krajach rozwijających się i jak każdy z nas może to zmieniać. Zmiany klimatu to największe i wciąż rosnące wyzwanie naszych czasów, pochłaniające 300 000 ofiar klimatycznych rocznie, powodujące głód, pragnienie, migracje i konflikty wśród najbiedniejszych społeczności. W ramach kampanii Polska Zielona Sieć gościła w listopadzie zeszłego roku bezpośrednich świadków zmian klimatu z Tajlandii, Etiopii i Nigerii. W trakcie publicznych spotkań mówili nie tylko o dramatycznej sytuacji ich krajów, lecz także o tym, jak ich społeczeństwa organizują się w przeciwdziałaniu skutkom zmian klimatu. Jesienią tego roku organizowana będzie wizyta studyjna dla dziennikarzy w Kenii, która dziś już dotkliwie doświadcza skutków zmian klimatu.
„Zmiany klimatu dotykają wszystkich tak samo, nie dla wszystkich jednak są tak samo dotkliwe. Różnica między Polską a krajami Afryki czy południowej Azji polega na tym, że z tym samym nieszczęściem w postaci powodzi, huraganu czy suszy poradzimy sobie łatwiej i szybciej – dzięki temu, że jesteśmy 18 gospodarką świata i 6 w Unii Europejskiej.” – mówi Aleksandra Antonowicz, koordynatorka kampanii w Polsce – „Zredukujmy nasze emisje poprzez zmiany polityczne i na poziomie codziennych wyborów każdego z nas. Zróbmy to nie tylko dla klimatu, ale i w geście sprzeciwu wobec biedy na świecie.”
Rex Weyler o świecie przypominającym korporację, green-washingu, iluzji wzrostu i nadreprezentacji socjopatów.
Jacek Żakowski: – Jest pan dumny?
Rex Weyler: – Z czego?
Z Greenpeace.
Bardzo! Przez 40 lat zachowaliśmy podstawowe zasady: radykalizm i niestosowanie przemocy w walce o środowisko. Potrząsnęliśmy światem. Otworzyliśmy ludzi na nowe idee.
40 lat temu byliście nie tylko radykalni, ale też ekstremistyczni, czyli marginalni. Teraz jesteście odłamem ekologizującego establishmentu. Wasze ówczesne tezy głoszą nie tylko liderzy lewicy, jak Brown, Gore czy Obama, ale też gwiazdy światowej prawicy: Bush, Sarkozy, Merkel.
Żeby być radykalnym, trzeba się wciąż zmieniać. A my ciągle mówimy mniej więcej to samo. Kiedy zaczynaliśmy, mało kto wiedział, co to jest ekologia. Dziś wszyscy o niej mówią. Prawie każdy rozumie, że trzeba myśleć nie tylko o ludziach, ale też o środowisku. Bo dzięki niemu żyjemy.
I każdy ma przed oczami widok znikających lodowców, umierających raf, wyrąbanych lasów, wyschniętych rzek…
Te obrazy zmieniły miliony ludzi. Od początku wiedzieliśmy, że konieczny jest radykalny zwrot kulturowy i filozoficzny. Kulturę ekspansji i filozofię rozwoju opartego na bezkresnym wzroście trzeba było zastąpić kulturą równowagi i filozofią rozwoju jakościowego. Ale rozumieliśmy, że nie osiągniemy filozoficznego zwrotu za pomocą samej filozofii, że prawdziwą zmianę można spowodować tylko opowieściami, wizjami, obrazami przemawiającymi do ludzkiej wyobraźni. Trzeba było prowadzić kampanie w obronie wielorybów, fok, lasów, żeby uświadomić ludziom, że ich indywidualne zachowania, zakupy, inwestycje, wybory polityczne dotyczą nie tylko ich samych, ale całego świata. Abstrakcyjnie tego się wytłumaczyć nie dało. Trzeba to było opowiedzieć w sposób fabularny.
Skąd to wiedzieliście 40 lat temu?
Od McLuhana. Byliśmy jego wielkimi fanami. A poza tym wielu z nas było dziennikarzami. Ja wciąż jestem dziennikarzem. Bob Hunter był dziennikarzem. Doroty Matcalfe była dziennikarką. Byliśmy młodymi, może trochę naiwnymi reporterami, ale rozumieliśmy, jak działają media.
Czego was nauczył McLuhan?
Na przykład tego, że ludzie w gruncie rzeczy nie czytają gazet – zanurzają się w nich jak w gorącej kąpieli i nasiąkają ich opowieściami. Zdecydowanej większości ludzi nie da się przekonać statystykami ani argumentami. Można ich przekonać tylko opowieściami o losach konkretnych bohaterów. Jeśli chce się zmienić społeczeństwo, trzeba opowiadać historie, które ludzi wciągną. Ludzie ubóstwiają historie o celebrytach – aktorach, sportowcach, muzykach…
Więc waszymi celebrytami stały się wieloryby.
Naszym celebrytą stała się natura. Wieloryb-celebryta, wilk-celebryta, las-celebryta, rzeka-celebrytka. Urządzaliśmy spektakularne wyprawy na spotkanie naszych celebrytów. Byliśmy jak paparazzi polujący na hollywoodzkie gwiazdy. Ale zwykli ludzie lubią też śledzić niezwykłe historie zwykłych ludzi. Więc zawsze mieliśmy dla nich także historie zwykłych ludzi…
…jak Rex Weyler…
…i moi koledzy z Greenpeace, który był tyglem łączącym amerykański ruch pokojowy z kanadyjskim ruchem ekologicznym. Skleiliśmy gwałtowność amerykańskich ruchów obywatelskich z bardziej intelektualną kulturą Kanady. Amerykanie, którzy – jak ja – uciekli do Kanady przed służbą wojskową, zradykalizowali kanadyjskie ruchy ekologiczne. A do tego doszła tradycja aktywnego pacyfizmu kwakrów. Od nich wzięliśmy na przykład pomysł, żeby na wynajętych łodziach płynąć do stref zapowiedzianych wybuchów jądrowych. Kwakrzy robili to wcześniej z pobudek religijnych. Różnica polegała na tym, że ich pacyfizm miał źródła religijne, a nasz – ekologiczne. Poza tym my czytaliśmy nie tylko Pismo Święte, lecz także pisma McLuhana, więc zabraliśmy ze sobą kamery i skrzyknęliśmy media.
Mówiliśmy, że Greenpeace to kwakrzy z kamerami. Połączyliśmy metody i doświadczenia Gandhiego, McLuhana, Martina Luthera Kinga, kwakrów i tradycyjnych ruchów ekologicznych w rodzaju Sierra Club. Pokazywaliśmy siebie w walce o środowisko. A pokazując siebie, przekonywaliśmy, że zwykli ludzie mogą walczyć o wartości, w które wierzą. Naszym własnym przykładem udowadnialiśmy, że także w demokracji trzeba i można walczyć o to, w co się wierzy. Jeżeli demokracja sprowadza się tylko do udziału w wyborach, wartości szybko znikają. A gdy znikają wartości, wcześniej czy później znika też demokracja. Powtarzaliśmy, że gdyby same wybory mogły cokolwiek zmienić, byłyby zakazane.
Jeśli głosowanie nie ma żadnego znaczenia, to co ma znaczenie?
Głosowanie ma jakieś znaczenie, ale nie zmienia świata.
A co zmienia świat?
Obywatele. Sprzeciw. Opór społeczny. Władza zawsze spycha obywateli. Może nas spychać i spychać, aż w pewnym momencie ktoś wstaje i głośno mówi: „Koniec! Dalej się nie cofnę!”.
Czyli świat zmieniają wichrzyciele?
Może się wydawać, że oni ciągną ludzi za sobą. Ale wiele razy przekonaliśmy się, że kiedy ktoś z nas wstaje i głośno mówi: koniec!, zaraz wstają inni. Wielu ludzi podziela te same wartości. Myślą i czują podobnie jak my, ale siedzą cicho, bo wydaje im się, że są w swoich odczuciach samotni. My, radykałowie, nie jesteśmy przecież wyjątkowi. Nasza inność polega tylko na tym, że z jakichś powodów podnosimy się pierwsi. Nigdy w życiu mi się nie zdarzyło, żebym wstał i pozostał jedynym stojącym. A kiedy ludzie wstają, świat się zmienia.
To by znaczyło, że radykałowie niewiele się różnią od ogółu.
Może mają tylko trochę mniej cierpliwości. Kiedy okazujemy nasze zniecierpliwienie, inni też zdobywają się na to, żeby je okazać. Tak zmienia się rzeczywistość. Każdy panu powie, że wierzy w wolność, w ochronę środowiska, w równość. Ale nie walczy o nie. Często ludzie bardzo długo nie walczą. Amerykanie latami znosili politykę Busha. Akceptowali wojnę, ograniczanie swobód, zwalnianie najbogatszych z podatków kosztem ciągłego zwiększania deficytu i przerzucania ciężarów na najsłabszych. Aż radykałowie zaczęli się podnosić. Choćby Michael Moore. A gdy wreszcie wstało wystarczająco wielu, pojawił się Obama i zmiótł republikanów. Ale to trwało lata.
Wam też zajęło to lata.
My mieliśmy trudniej. Ludzie od dawna wiedzą, czym jest ruch przeciw wojnie i niesprawiedliwości. Ale nigdy nie było wielkich społecznych ruchów w obronie rzek albo wielorybów. Gandhi zmobilizował miliony ludzi w sprawie niepodległości Indii. Martin Luther King w sprawie równości rasowej w Ameryce. Wałęsa w sprawie godności i wolności Polaków.
A wy w sprawie drzew i fok.
W sprawie całej natury. Dla wielu było to szokujące. Pamiętam spory z moimi przyjaciółmi z lewicy, którzy nam zarzucali, że marnujemy energię na walkę o prawo wielorybów do życia, kiedy wokół są głodne, umierające z niedożywienia dzieci.
Poważny zarzut i trudna odpowiedź.
Można się jednocześnie troszczyć o ludzi i o wieloryby. Tu nie ma sprzeczności.
Pozornie. Gdy ma się milion dolarów, to można go wydać na jedzenie dla dzieci umierających z głodu w Erytrei albo na statek służący ochronie wielorybów. Wieloryby będą miały szansę przetrwać jako gatunek, ale dzieci umrą. Jak pan sobie tłumaczy taki wybór?
Możemy wszystko przeznaczyć na pomoc tym, którzy dziś jej potrzebują, albo zainwestować w przyszłość. Troska o ekologię to inwestycja w przyszłość. Wszyscy ludzie żyją dzięki naturze. Wszystko, co jemy, czym oddychamy, co produkujemy, tak czy inaczej pochodzi z natury. Industrializm opiera się na założeniu, że naturę można eksploatować bez końca, więc możliwy jest nieograniczony wzrost. A to jest fałszywe założenie. Możliwości natury są ograniczone i wyznaczają granice cywilizacyjnego wzrostu. Nie jest wykluczone, że te granice zostały już osiągnięte. Być może już teraz coraz intensywniej zmieniając i niszcząc środowisko żyjemy na koszt najsłabszych – tych, którzy nie mają głosu. My mówimy za nich.
Czyli za wieloryby?
W naszych demokracjach przyszłe pokolenia też nie mają głosu. Biedni, wykluczeni czy chorzy są upośledzeni, wykorzystywani, krzywdzeni, ale mają głos. Mają szansę w jakiś sposób się bronić. Ci, którzy jeszcze się nie narodzili, bronić się nie mogą. Nie mogą się sprzeciwić, kiedy pozbawiamy ich środowiska koniecznego do życia. Więc sprzeciwiamy się za nich. Nie mówimy za siebie. Mówimy za niemych. Z tego w dużym stopniu bierze się nasza siła.
I z tego, że potraficie zmobilizować nie tylko aktywność, ale też ofiarność.
Bo szybko zrozumieliśmy, że bez pieniędzy nic nie osiągniemy. Przez pierwsze pięć lat pracowaliśmy społecznie. Organizowaliśmy koncerty i dostawaliśmy trochę pieniędzy od kwakrów. Ale wiedzieliśmy, że to nie wystarczy i że musimy się sprofesjonalizować. Jeden z naszych przyjaciół był księgowym wielkich korporacji w Vancouver. Zbudował nam profesjonalne finanse oparte na nowoczesnym systemie zbierania drobnych datków. Wysyłaliśmy prośby do wielkiej liczby ludzi. Niewielka część coś nam przysyłała. Od początku tworzyliśmy bazy danych – tych, którzy odmawiali i tych, którzy coś nam przysyłali. Potem wysyłaliśmy prośby do następnych.
Przez lata profesjonalnie rozszerzaliśmy naszą bazę finansową, aż doszliśmy do trzech milionów ludzi, którzy co miesiąc przekazują nam różne małe kwoty. Rocznie daje to 150–200 mln dol. Nigdy nie wzięliśmy żadnych pieniędzy od żadnego rządu, partii ani od biznesu. I bardzo uważamy na wszystkie większe wpłaty. W Polsce mamy kilka tysięcy osób stale płacących po 15–20 zł miesięcznie. Kiedy dostajemy jakąś większą kwotę, uważnie sprawdzamy, kto ją przysłał. Bo jak ktoś dużo daje, to zwykle ma konkretne oczekiwania. A my i tak mamy coraz większy problem z tymi, którzy głośno deklarują, że są po naszej stronie, a po cichu robią to co zawsze.
Czyli?
Wystarczy się przyjrzeć, jak działa protokół z Kioto. 20 lat minęło. Ile było negocjacji, uśmiechów, uściskanych dłoni. A skutek jest zerowy. Nie uzyskaliśmy nawet spowolnienia przyrostu emisji CO2. Wszyscy się już teoretycznie zgadzają, że trzeba to zmienić. Wszyscy o tym mówią. I wciąż jest, jak było. Bo rzeczywista zmiana musiałaby zmienić podział globalnego bogactwa.
Wydał pan właśnie książkę o Chrystusie. Kiedy ją zobaczyłem, od razu pomyślałem, że cywilizacja zachodnia zrobiła z enwironmentalizmem to samo co z chrześcijaństwem. Werbalnie cały Zachód jest dziś ekologiczny, podobnie jak od wieków jest deklaratywnie chrześcijański. Ale niszczymy środowisko jak zawsze i zabijamy innych ludzi jak zawsze.
Zawsze jest tak samo. Są piękni, odważni, błyskotliwi ludzie, którzy chcą zmienić świat – Jan Chrzciciel, Jezus Chrystus. Inni słuchają ich z podziwem. Bo każdy chce, żeby świat był lepszy. To marzenie narasta. Kiedy z czasem staje się marzeniem powszechnym, stary porządek je wchłania, a potem robi wszystko, żeby jak najmniej zmienić. Przez tysiące lat wszystkie wielkie idee i marzenia musiały przejść tę drogę. Powstaje nowy porządek, który na pierwszy rzut oka może nawet wygląda zupełnie inaczej i bardzo się stara wyglądać inaczej, ale w istocie różni się nieznacznie. To dokładnie dzieje się teraz z ideą ekologiczną. Pod nowymi ekologicznymi łatkami ukrywamy przecież te same postawy.
Czyli?
Niech pan się przyjrzy tak zwanym zielonym samochodom. Podobno oszczędzają energię. To prawda. Ale połowa energii, jaką zużywa statystyczny samochód, zostaje zużyta, zanim ktoś go kupi. Potrzeba jej na produkcję podzespołów, z których się go składa. Także większość strat środowiskowych powstaje, zanim samochód zostanie złożony. Bo wcześniej trzeba wyjąć z ziemi wszystkie rzadkie metale, wyprodukować plastiki, wszystko to wiele razy przewieźć tworząc zanieczyszczenia, odpady i szkodliwe gazy. Samochód ekologiczny jest niewiele mniej szkodliwy niż tradycyjny. Problem polega na tym, że człowiek kupując go i płacąc drożej niż za tradycyjny samochód, uwalnia się od poczucia winy. Nazywamy to green-washing (pranie zieleni). Bo to jest jak brain-washing (pranie mózgu). Oni naprawdę nie chcą być zieloni. Chcą tylko wyglądać na zielonych.
Oni, czyli kto?
Znam kobietę, która pracowała w dziale zrównoważonego rozwoju Shell Oil. Po 10 latach odeszła, bo się zorientowała, że ten dział ma tylko robić wrażenie. Żadne jej pomysły realnie chroniące środowisko nie mogły się przebić. Między mówieniem i robieniem wrażenia a rzeczywistą zmianą postępowania jest zasadnicza różnica. Przez 40 lat naszego działania świat stał się może o pięć procent bardziej ekologiczny, chociaż sto razy więcej mówi o ekologii. Więc osiągnęliśmy dużo i bardzo mało zarazem. Trzeba walczyć dalej.
Dziś to jest nieporównanie trudniejsze. 40 lat temu wsiadaliście do łodzi, wywieszaliście proekologiczny transparent, media to pokazywały i władza musiała się męczyć, jak wam odpowiedzieć. A dziś władza mówi: Słusznie! Mają rację. Barroso powtarza, że zachowanie środowiska dla następnych pokoleń jest naszym najważniejszym zadaniem. Co więcej można w tej sprawie powiedzieć?
Można żądać, by coś wreszcie zrobili. Na razie całe to gadanie bardzo mało zmieniło. Oceany są coraz bardziej kwaśne. W powietrzu przybywa CO2. Co roku ubywa kilkanaście milionów hektarów lasu, a przybywa kilka milionów hektarów pustyń. Ziemi uprawnej też ciągle ubywa, a ludzi wciąż przybywa. Co roku jest nas więcej o 75 mln. Pod względem ekologii świat zachowuje się jak wielkie korporacje, które wciąż planują zyski i wciąż przynoszą straty.
To samo mówią Barroso, Obama, Merkel.
Problem polega na tym, że oni muszą podjąć decyzję, kto ma ponieść koszty nieuniknionej zmiany. Bo praktycznie wszyscy się już z grubsza zgadzają, co musimy zrobić. Ale żaden polityk nie chce stanąć oko w oko ze swymi wyborcami i powiedzieć: to my musimy najwięcej zapłacić za to, by ludzkość przetrwała. Wszyscy się zgadzają, że ludzkość musi zużywać mniej wszelkiego rodzaju zasobów. I możemy to zrobić podnosząc jakość życia. Bo na pewnym poziomie rozwoju jakość życia w większym stopniu zależy od kultury, naszych relacji z innymi, rodziny, przyjaciół niż od nieustannego zwiększania konsumpcji. Ale to wymaga zmiany mentalności.
Na razie zachowujemy się tak, jakbyśmy wierzyli, że 7 mld ludzi żyjących dziś na świecie i 8 mld, które będą żyły za 15 lat, może przyjąć amerykański styl życia. Tylko nikt nie ma pomysłu, skąd na to wziąć energię, wodę, surowce. Jeżeli wszyscy będą chcieli żyć jak Amerykanie, to najpierw zdewastujemy środowisko Ziemi, a potem wymordujemy się w wielkich wojnach o dostęp do zasobów naturalnych. Kult nieustannego wzrostu PKB wprost do tego prowadzi. Musimy zacząć inaczej postrzegać postęp [piszemy o tym na s. 40 – red.]. Ale na razie nie umiemy się rozstać z takim fałszywym sposobem mierzenia szczęścia.
Może to jest śmiertelna pułapka, od której nie ma ucieczki, bo zbyt głęboko tkwi w naturze człowieka. To tak jak z przykazaniem, byśmy nie pożądali żony bliźniego swego ani żadnej rzeczy, która jego jest. Może pożądliwość jest naszą naturą i dlatego ekolodzy muszą podzielić los chrześcijaństwa?
Zgoda. Pożądliwości pewnie nie da się usunąć. Ale może częściowo da się ją przekierować. Bo ludzie nie są ślepi. Co innego posłuchać szlachetnego wezwania, a co innego usłuchać przestrogi przed śmiertelnym zagrożeniem.
Kto nie słucha przykazań, ten się skazuje na wieczne potępienie. To chyba jest gorsze niż cierpienie nieznanych nam następnych pokoleń. Historia uczy, że cywilizacje nie mają instynktu samozachowawczego. Lista tych, które upadły, bo zdewastowały ekologiczne podstawy swojego istnienia, jest długa.
Ale są też takie, które się opamiętały. My wciąż mamy wybór. Wierzę, że jest szansa. Jak pan chodzi po mieście czy podróżuje po świecie, to zwykle spotyka pan sympatycznych, życzliwych, rozsądnie myślących ludzi. Kompulsywnie zachłanni socjopaci to zdecydowana mniejszość. Problem polega na tym, że to oni wciąż walczą o władzę. Na prawicy, lewicy, w centrum, w całym politycznym spektrum socjopaci są nadreprezentowani. I to oni mają najwięcej do powiedzenia. Normalni ludzie, którzy chcą żyć normalnie wśród innych normalnych ludzi, tak o władzę nie walczą. To socjopaci wmówili nam, że jedyną drogą ludzkości jest system oparty na sprzecznej z naturą wierze, że możliwy jest permanentny wzrost. W naturze nie ma żadnego systemu, który by rósł bez końca. Człowiek rośnie, aż osiągnie dojrzałość. U dorosłego dalszy wzrost to otyłość lub rak, czyli tak czy inaczej choroba. Wiara w nieustanny wzrost to iluzja. A drugim filarem tego socjopatycznego systemu jest powszechna zachłanność, którą większość kultur słusznie uważa za zło. Czego się możemy spodziewać po takim systemie?
Teraz już nie domaga się pan zwykłej zmiany polityki. Żąda pan rewizji kultury, z której wyrosła nasza cywilizacja. Nie słyszałem, żeby to się kiedykolwiek na większą skalę udało.
Na własne oczy widziałem już dramatyczne zmiany kulturowe. Nikt na Zachodzie nie kwestionuje dziś tezy, że kobiety i mężczyźni muszą mieć równe prawa. Gdy byłem dzieckiem, nawet w Ameryce taki pogląd był w mniejszości. W teksańskim miasteczku, gdzie spędziłem dzieciństwo, obowiązywała kompletna segregacja. Biali chodzili do jednej szkoły, a czarni do drugiej. Bardzo mało osób widziało w tym coś złego. Dziś bardzo mało jest osób, które by w tym nie widziały nic złego. Gandhi mówił, że jeśli się mur naciska wystarczająco długo, to wreszcie ustąpi. W sprawach kobiet i czarnych ustąpił. Czemu ma nie ustąpić w sprawie środowiska?
Może nawet ustąpi. Ale kiedy? Chrześcijanie naciskają 2 tys. lat, a ludzie kradną, jak kradli i cudzołożą, jak cudzołożyli.
Ale są bardziej budujące przykłady. Czy ktoś w latach 70. wierzył, że w Polsce da się obalić komunizm i zbudować demokrację? A daliście radę. Może teraz też damy radę.
Wierzy pan w to?
Wierzę. Ale nawet gdyby nam się nie udało zmienić ludzkich zwyczajów, cywilizacji, kultury, czy to by znaczyło, że nie należało próbować? Zawsze jest jakaś szansa, że uda się zmienić świat na lepszy. A skoro jest szansa, to szkoda ją marnować. Może chrześcijaństwo nie oczyściło świata ze zła. Ale czy to znaczy, że bez chrześcijaństwa ten świat byłby lepszy? Może my też nie uratujemy świata, ale jednak mamy swój wkład w to, że próby nuklearne zostały zakazane, że wiele rzek wróciło do życia, że ginie mniej wielorybów, że wiele lasów nie zostało wyciętych. Dzięki nam świat jest trochę lepszy. Warto się starać, żeby był jeszcze lepszy. A czy uda się zmienić go na tyle, by przetrwał? Wierzę, że jest szansa.
Rex Weyler, ekolog, fotograf i dziennikarz; ur. w 1947 r. w USA; od 1971 r. mieszka w Vancouver. Od 1973 r. w Greenpeace: dyrektor jej fundacji (1974–79), uczestnik pierwszej kampanii w obronie wielorybów (1975 r.), redaktor „Kronik Greenpeace”, pierwszego miesięcznika organizacji, oraz współzałożyciel Greenpeace International (1979 r.). Żonaty, ma trzech synów.
Opowiem wam o dwóch filmach nakręconych w zupełnie różnych krajach i dotyczących kompletnie odmiennych spraw. A jednak stoją za nimi bliźniacze zamysły publicznej prowokacji. Poza tym filmy te w pewien sposób uzupełniają się. Pierwszy film jest o słabościach i grzechach konsumentów i agencji reklamowych, a drugi – świata biznesu.
Czeski senpowstał w 2004 roku. Został zrealizowany przez dwóch studentów Akademii Sztuk Pięknych ( Vít Klusák i Filip Remunda)w Pradze jako ich praca dyplomowa. Film uzyskał wsparcie czeskiego Ministerstwa Kultury. Autorzy filmu zorganizowali zorganizowali gigantyczny blef marketingowy. Rozreklamowali w prasie, radiu, telewizji, na plakatach i billboardach otwarcie nowego hipermarketu w Pradze. Zapowiadane na plakatach ceny były jak ze snu. Hipermarket był na niby. Reakcje skuszonych niebywałą okazją klientów – prawdziwe. Film opowiada o przygotowaniu całej kampanii, a w finale dokumentuje przebieg otwarcie nieistniejącego hipermarketu. Jest więc filmem dokumentalnym, ale to, co jest rejestrowane jest od początku do końca wymyślone i wykreowane na użytek filmu.
W tym dokumencie prowokacja wymierzona jest w dwie grupy – w specjalistów od marketingu i w konsumentów. Możemy śledzić pracę agencji reklamowej. Jeden z jej pracowników chwali się, że jest w stanie profesjonalistą, więc jest w stanie wypromować każdą rzecz, nawet gdyby była ona pozbawiona jakiejkolwiek przydatności, wartości. Potem, gdy dowie się, że pracował nad kampanią nieistniejącego sklepu oburzy się. Uzna, że reklamowanie czegoś, czego nie ma jest niezgodne z jego etyką zawodową.
Film doskonale mieści się w klimacie czeskiego kina. Jest lekki i żartobliwy. Pozwala nam się pośmiać z własnych przywar, słabości. Jakże symboliczna jest kulminacyjna scena przedstawiają pęd klientów do makiety sklepu, która kryje za sobą tylko szczere pole. Pole do refleksji nad uzależnieniem budowy dobrego samopoczucia czy nawet szczęścia od pomyślnej wyprawy do hipermarketu.
Film Yesmeni zmieniają światwszedł na nasze ekrany w styczniu 2010 roku. Został zrealizowany przez dwóch przyjaciół ( Jacques Servin i Igor Vamos )z Milwaukee w Stanach Zjednoczonych również jako dokumentacja ich publicznych prowokacji. Yesmeni zwykle występują jako rzecznicy wielkich koncernów czy instytucji rządowych. Są nimi na niby, ale naprawdę nie zgadzają się z działaniami tych firm i instytucji. W swoich publicznych wystąpieniach w mediach, na konferencjach mówią w imieniu tych firm i deklarują, że na przykład wypłacą wielomiliardowe odszkodowania ofiarom katastrofy ekologicznej, do której firma doprowadziła w przeszłości. Zanim zostają zdekonspirowani wywołują spore zamieszanie medialne. Sprawa nieuczciwego postępowania firmy zostaje nagłośniona, wywołuje publiczną debatę o odpowiedzialności w biznesie.
Mnie najbardziej zaszokował pomysł ze złotym kościotrupem. Na konferencji dla menedżerów wielkich korporacji nasi bohaterowie zademonstrowali oprogramowanie, które sprawnie wlicza koszty śmierci powodowanych przez działalność firmy do ogólnego bilansu zysków i strat. Każdy ma jakiegoś kościotrupa w szafie, chodzi jednak o to, by ten kościotrup był złoty! Reakcje biznesmenów, którzy doceniają profesjonalne podejście do problemu są straszne i śmieszne, i straszne. Strona projektu: www.theyesmen.org
Płyty DVD z Czeskim snem są do nabycia w sklepach, ale będzie można je również wygrać w kolejnych organizowanych przez nas konkursach. Film Yesmeni zmieniają świat bywa jeszcze wyświetlany w kinach studyjnych.