W dziale znajdziesz dokumentacje zachowań i osiągnięć, które zgodne są z zasadami lekkiej stopy i które warto promować. Prezentujemy tutaj materiały dotyczące nie tylko naszej najbliższej okolicy, ale też kraju, czy Globu. Opisywane działania mają pozytywny wpływ na nasze otoczenie i przyrodę, lub ograniczają degradację naszego środowiska. Im wyżej znajdują się one w hierarchii lekkiej stopy, tym większy sukces przedsięwzięcia.
„Miasto w ruchu. Transport miejski – dobre praktyki” to obszerna praca Jacka Wesołowskiego na temat zrównoważonego transportu. Znajdziemy w niej między innymi ciekawe przykłady na to, jak poradziły sobie niektóre europejskie miasta z nadmiernym ruchem samochodowym. Warto przeczytać i zastosować proponowane rozwiązania. http://www.miastowruchu.pl/doc/miasto_w_ruchu_ebook.pdf
Przy okazji zapraszamy też do odwiedzenia serwisu Miasto w ruchu: http://www.miastowruchu.pl/
Wyścig drapaczy chmur trwa nadal. Nie wystarczy już zaprojektować najwyższej budowli, żeby przyciągnąć turystów i inwestorów. Na Florydzie powstaje Solar Universe. Źródłami energii potrzebnej do funkcjonowania wieży będzie słońce, wiatr, woda i biomasa. Poza tym wszystkie stałe i ciekłe odpady z Solar Universe zostaną spalone w wysokiej temperaturze, co pozwoli na wytworzenie dodatkowej energii. Na samej górze Słonecznego Wszechświata będą umieszczone obiekty rozrywki i taras widokowy. Deweloperzy przewidują zakończenie budowy na 2013 rok.
Polska staje się coraz częściej areną ważnych międzynarodowych wydarzeń sportowych. W polskich miastach dynamicznie rozwija się infrastruktura sportowa, powstają kolejne stadiony, profesjonalizują się rozgrywki sportowe. Czy na pewno jednak w ten sposób budujemy zdrowe i aktywne społeczeństwo? Czy też potrzeba czegoś więcej?
Od 4 października trwa Konkurs ‘AKTYWNE MIASTO’ dla miast aktywnych w sferze sportu i rekreacji. Celem I edycji Konkursu jest nagrodzenie miast promujących zdrowy styl życia, rekreację i sport amatorski.
Walka o statuetkę AKTYWNEGO MIASTA rozpoczęła się na dobre! Konkurs cieszy się rosnącym zainteresowaniem, pierwsze miasta zgłosiły już swoje kandydatury, opisując ciekawe i kreatywne działania promujące sport, rekreację i wszelką aktywność ruchową. Konkurs AKTYWNE MIASTO ma na celu rozwijanie świadomości korzyści wynikających z uprawiania sportu w każdej postaci. Co istotne, dotyczą one nie tylko mieszkańców, ale także samych miast, które uzyskując miano AKTYWNEGO MIASTA, kształtują swój pozytywny wizerunek. AKTYWNE MIASTO to inicjatywa oparta na idei promocji aktywnego stylu życia, aktywizacji społeczeństwa i integracji różnych środowisk.
Do grona Ekspertów, którzy rozstrzygną losy miast konkursowych dołączyli: Magdalena Nelke, Magdalena Florek oraz Marzena Bogdanowicz. Wśród Przyjaciół Konkursu znalazł się złoty medalista olimpijski i wielokrotny medalista Mistrzostw Świata Szymon Ziółkowski. Oficjalnymi partnerami Konkursu są m. in. Europejski Instytut Marketingu Miejsc BestPlace oraz Press Service Monitoring Mediów. Patronat medialny nad Konkursem objęli m.in. Rzeczpospolita, Body Life, Radio PiN oraz portale Sport.pl i Aktywni.pl, zaś jego oficjalnym audytorem jest firma Deloitte.
Wszystkie miasta chętne do zdobycia tytułu AKTYWNEGO MIASTA na przesłanie zgłoszenia mają czas do końca stycznia 2011 roku. Zakończenie I edycji Konkursu odbędzie się podczas uroczystej Gali w marcu 2011 roku, w trakcie której Laureatom zostaną przyznane Certyfikaty, Statuetki i Wyróżnienia.
Organizatorem Programu i Konkursu AKTYWNE MIASTO jest SPORTWISE GROUP – jedna z najdłużej działających firm branży marketingu sportowego w Polsce, od lat aktywnie promująca ideę rozwoju rekreacji w miastach i promocji miast poprzez sport. Szczegółowe informacje na temat projektu znajdują się na oficjalnej stronie internetowej Konkursu pod adresem www.aktywnemiasto.eu.
W razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości – prosimy o kontakt z panią Anitą Kociembą (tel.+48 513 040 480, biuro@aktywnemiasto.eu).
Dzięki wejściu do Unii Europejskiej Polska otrzymała ogromne środki na rozbudowę infrastruktury. Działanie te zostały masowo przyspieszone poprzez przyznanie nam(wraz z Ukrainą) organizacji Mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Wszakże musimy się jakoś pokazać reszcie Europy, gdyż wszyscy mamy nadzieję, że kibice, którzy przybędą do nas za półtora roku, będą chcieli do nas jeszcze później wrócić.
Jednak tematem mojej pracy nie będzie EURO 2012, a sposób w jaki będziemy się poruszać w dużych miastach Polski np. Poznań, Warszawa, Wrocław. Sam wiele razy na własnej skórze doświadczam, jak trudno dostać się jest do najbliższej aglomeracji – trójmiasta. Wszędzie remonty, korki. Normalny przejazd powinien trwać do 40 minut, jednak teraz w godzinach szczytu sięga 1,5h- 2h. Czy zastanawialiśmy się, jak możemy poradzić sobie z problemem korków w dużych metropoliach, tak aby zaoszczędzić czas i przy okazji, aby środowisko na tym zyskało?
Jest takie miasto w północno-wschodniej Belgii, leżące nad rzeką Demer i Kanałem Alberta. To miast nazywa się Hasselt.
Hasselt
Dlaczego zainteresowało mnie akurat to miasto? Ponieważ muszę przyznać, że w bardzo innowacyjny sposób poradzili sobie z transportem publicznym.
Na początku trochę historii tego miasta. Według zebranych przeze mnie danych Hasselt jest czwartym co do wielkości miastem w Belgii, które w ostatnich latach bardzo szybko się rozwijało. Nieodzowny z tym był przyrost ludności, który wyniósł ponoć 3,3%, a liczba samochodów wzrosła o 25%!!! Normalne prowadzenie życia stało się nie do zniesienia. Wszędzie korki, smród, ciągłe spóźnienia do pracy. Lokalne władze rozważały różne sposoby rozwiązania tego problemu. Jednak nie było to łatwe, ponieważ gmina borykała się z problemem braku pieniędzy. Według przeprowadzonych kalkulacji okazało się, że darmowy transport będzie tańszy niż nowa obwodnica!
W 1997 roku przeprowadzono akcję o nazwie: „Miasto gwarantuje wszystkim prawo do przemieszczania się”. Na początek zwiększono liczbę autobusów z 8 do 46, a obsługiwane linie z 2 do 9. Uruchomiono także 2 linie nocne. Ze względu na spadek ruchu samochodowego zmalały koszty utrzymania dróg. Darmowe miejsca parkingowe przesunięto na peryferie, zbudowano przejścia podziemne i kładki z windami dla pieszych, powiększono tereny zielone. Zmniejszono prędkość poruszania się samochodem do 30 km na godzinę, poprzez wprowadzenie licznych progów zwalniających. Na wydzielonych pasach jezdni dla autobusów nie ma żadnych progów, co dodatkowo zachęca do korzystania z komunikacji miejskiej. Przebiegającą przez miasto trasę szybkiego ruchu przekształcono w bulwary spacerowe, wydzielając strefy dla pieszych o szerokości 9 metrów, ścieżki rowerowe i pas jezdni dla autobusów. Osoby niepełnosprawne mają ułatwiony dostęp do autobusów i mogą rezerwować miejsce na godzinę przed podróżą dzwoniąc pod specjalny numer telefonu lub wysyłając maila. Powiadomiony o wszystkim kierowca ma obowiązek pomóc przy wsiadaniu i wysiadaniu osobie poruszającej się na wózku. Miasto oferuje również bezpłatne rowery rozstawione na placach i skwerach.
Oczywiście nasuwa się problem: skąd wziąć na to wszystko pieniądze? Dobrym rozwiązaniem, które zauważyłem w Sztokholmie jest wprowadzenie opłaty za „korzystanie” z samochodów. Nowe uregulowanie skierowane jest przede wszystkim do taksówkarzy. Zależnie od pory dnia przy wjeździe bądź wyjeździe z centrum jest pobierana opłata w wysokości od 10 do 20 koron. Opłata obowiązuje w dni powszednie w godzinach od 6.30 do 18.30. Miasto Sztokholm po próbnym wprowadzeniu opłat w pierwszej połowie 2006 roku, odnotowało 20% spadek ruchu samochodowego w centrum stolicy i 9-14% spadek zanieczyszczenie powietrza.
Według danych, które udało mi się znaleźć w Internecie system bezbiletowego transportu kosztuje podatników 1,9 mln euro rocznie (dane z 2006 r.). Wynosi to jeden procent budżetu gminy i stanowi 26 procent kosztów operacyjnych systemu komunikacyjnego. Budżet regionalny pokrywa resztę (około 5,4 mln) w ramach długoterminowej umowy. Nie ma to nic wspólnego z pasożytowaniem jednego miasta na zasobach regionu. To uczciwa umowa, bowiem 52 procent pasażerów miejskich autobusów na co dzień mieszka poza Hasselt. Oczywiście przeciwnicy wysnują kontrargument, że nie wszyscy korzystają z komunikacji miejskiej, ale pamiętajmy, że mieszkaniec Pomorza na co dzień nie będzie korzystał z nowej drogi wybudowanej w Zakopanem, a podatki, z których budowane są drogi i tak płacą wszyscy.
Podstawowe zalety tego projektu:
Ograniczamy emisję CO2 i innych trujących gazów
Likwidujemy korki, hałas
Zapewniamy ludziom komfortowy dojazd do pracy, szkół, sklepów – co najważniejsze bez spóźnień
Oszczędzamy papier, gdyż nie musimy drukować biletów
Likwidujemy bariery finansowe – każdy niezależnie od średniego wynagrodzenia może podróżować
Tworzymy nowe miejsca pracy
Drogi stają się bezpieczniejsze
Zmniejszamy nakłady finansowe na transport
Podsumowując chciałbym, aby projekt ten, który moim zdaniem wydaję się ciekawy został chociaż przeanalizowany przez niektóre miasta w Polsce. Sukces Hasselt pokazuję, że innowacyjne, kreatywne rozwiązania mają sens. Jeżeli Szwecja czy Belgia mogą to dlaczego My nie możemy? Ekologia w naszym kraju znajduję się na marginesie. Edukacja ekologiczna praktycznie nie istnieje. Gdybyśmy zapytali przypadkowych przechodniów na ulicy, co to jest ekologia albo odnawialne źródła energii dałbym sobie rękę uciąć, że około 70% osób nie wiedziałoby o czym mowa…
Wielu z Nas praktycznie nie wyobraża sobie życia bez samochodu. Codzienne dojazdy do pracy, szkół, sklepów, znajomych, wycieczki, to tylko kilka miejsc do, których poruszamy się za pomocą tego właśnie środka transportu. Samochód to jeden z najwygodniejszych sposobów poruszania się. Możemy dostać się gdzie tylko chcemy, nie jesteśmy uzależnieni czasem(tak jak w przypadku autobusów, które mają określone godziny odjazdów). Samochody są łatwo dostępne, a ich ceny są coraz niższe i na pewno każdy znajdzie “coś na własną kieszeń”.
Jednak posiadają one także wiele wad. Po pierwsze przyczyniają się do wzrostu zanieczyszczenia środowiska poprzez emisję szkodliwych tlenków, gazów itd. Po drugie jazda samochodem jest co raz droższa ze względu na wzrastające ceny paliw czy ropy. Drogi, szczególnie te dla samochodów są bardzo niebezpieczne. Jeśli chodzi o liczbę wypadków samochodowych, to Polska znajduje się w czołówce tej niechlubnej statystyki wśród krajów europejskich. Mimo prowadzonych kampanii społecznych, w których możemy zobaczyć zdjęcia z drastycznych i śmiertelnych wypadków samochodowych, liczba katastrof drogowych nie maleje. Nie powinien zatem dziwić fakt, że nie tylko ubezpieczenia samochodowe, ale wszelkie ubezpieczenia komunikacyjne w naszym kraju należą do najdroższych.
Wiele krajów poradziło sobie z tym problemem w sposób bardzo ciekawy i godny naśladowania. Tematem mojej pracy będą rowery w Holandii.
Jeżeli spotkamy przypadkową osobę na ulicy i zapytamy o to z czym kojarzy mu się Holandia jest niemal pewne, że jedną z jego odpowiedzi będzie rower. Skojarzenie to nie rodzi się jednak bezpodstawnie i ma swoje mocne uzasadnienie w rzeczywistości, gdyż Holandia to potęga jeżeli chodzi o rowery. Nie ma w tym stwierdzeniu przesady, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że rowerów jest tam więcej niż ludzi. Skąd się to wzięło? Aby to wyjaśnić posłużę się historią.
Napoleon po zdobyciu Holandii nakazał budowę nowoczesnego systemu dróg. Przegrana Napoleona oznaczała nie tylko odzyskanie niepodległości, ale także gwałtowny spadek jakości nowo budowanych dróg. W latach 50. XIX wieku podjęto decyzję o zwężeniu napoleońskich dróg, aby ograniczyć koszty ich utrzymania. W ten sposób na terenie całego kraju powstały duże, niewykorzystane przestrzenie wzdłuż głównych traktów komunikacyjnych.
Ponieważ rower należał do najtańszych środków lokomocji przez co zyskiwał popularność, w 1887 r. zdecydowano, że drogi zostaną ponownie poszerzone, przeznaczając nową część dla ruchu rowerowego. Fragment jezdni został wyłożony dla oszczędności czerwoną cegłą. Często jednak nie przestrzegano tego podziału. W 1905 r. rząd holenderski wydał ustawę, zakazującą innym pojazdom wjeżdżania na pas przeznaczony dla rowerów.
Zakaz, szczególnie po pojawieniu się samochodów w 1915 r., nie zawsze był respektowany. Zdecydowano więc o oddzieleniu pasa dla rowerów żywopłotem lub szpalerem drzew, co w efekcie poprawiło znacznie bezpieczeństwo ruchu.
Ze względu na wzrost liczby samochodów w miastach również tam zauważono potrzebę budowy oddzielnych pasów ruchu dla rowerów. Już w latach 40. XX wieku w holenderskich miastach powstawały tunele, w których ruch rowerowy był prowadzony w oddzielnej części. Powstałe wtedy ścieżki przetrwały w niezmienionym stanie do końca XX wieku, kiedy to wiele z nich wzbogaciło się o nową, asfaltową nawierzchnię.
Dzisiaj Holandia jest to raj dla rowerzystów. Na potwierdzenie mojej tezy posłużę się jednym miastem w Holandii- Groningen. Kilkanaście lat temu władze Groningen przeprowadziły badania, których wyniki wyraźnie wskazały, iż najlepszą drogą rozwoju miasta jest inwestowanie w promocję komunikacji rowerowej. Podróżowanie rowerem pozwala lepiej wykorzystać cenne miejsce w centrum miasta, likwiduje korki uliczne, zanieczyszczenia i hałas, ale przede wszystkim oszczędza pieniądze i czas. Infrastruktura rowerowa jest znacznie tańsza niż samochodowa, dzięki czemu miasto może przeznaczyć więcej pieniędzy na inne cele.
Najważniejszym elementem tej polityki jest zaoferowanie możliwości bezpiecznej i wygodnej podróży wszystkim, którzy chcą jeździć na rowerze. Sieć ścieżek rowerowych w Groningen jest dobrze rozwinięta i daje taką możliwość. Składa się ona z odrębnych ścieżek rowerowych wzdłuż głównych ulic i przez tereny zielone, pasów dla rowerów wydzielonych z jezdni oraz ulic o ruchu uspokojonym. Zawiera również mosty i tunele przeznaczone wyłącznie dla rowerzystów i pieszych. Ruch rowerowy jest regulowany oddzielnym systemem świateł. Aby zwiększyć komfort i bezpieczeństwo cyklistów oczekujących na zmianę światła, przestrzeń dla rowerów na skrzyżowaniach została powiększona o pas przed samochodami, które muszą czekać aż rowerzyści przejadą. Dzięki temu rowerzyści nie wdychają spalin samochodowych, uniknięto też ryzyka wypadku przy skręcie w lewo.
Groningen rozwiązało pojawiający się wraz ze wzrostem liczby rowerów problem parkowania poprzez zainstalowanie ogromnej liczby stojaków. Są one niemal wszędzie: przy stacjach kolejowych, przed biurami, sklepami, szkołami, bibliotekami, kościołami… Istnieją też strzeżone parkingi rowerowe, zazwyczaj w podziemnych garażach.
Odpowiedzialność za utrzymanie infrastruktury rowerowej ponosi miasto. Ono zleca budowę nowych ścieżek i dba o utrzymanie istniejących. W budżecie na 1999 rok zapisano ponad 13 milionów guldenów (26 mln zł) na te cele. Dla porównania – roczne wydatki Warszawy (miasta dziesięciokrotnie większego) na ścieżki rowerowe nie przekraczają 1 miliona złotych.
Polityka transportowa Groningen jest skorelowana z fizycznym planowaniem zagospodarowania miasta. Urbaniści próbują utrzymać zintegrowaną strukturę miasta z większością funkcji miejskich w centrum, co redukuje potrzebę podróżowania na duże odległości. Śródmieście zostało zamknięte dla ruchu samochodowego (z wyjątkiem aut mieszkańców oraz dostawców) i obecnie jest strefą pieszo-rowerową. Aby zniechęcić do ruchu w centrum miasta zostało ono podzielone na cztery sektory. Żeby przejechać samochodem pomiędzy sektorami, należy najpierw wyjechać na obwodnicę i dopiero nią można dostać się do innego sektora, co ewidentnie wydłuża czas podróży i zniechęca do poruszania się autem. Większość ulic jest jednokierunkowa dla samochodów i dwukierunkowa dla rowerów (czasem również dla autobusów). Samochód można zaparkować jedynie w podziemnych garażach, oczywiście za odpowiednią opłatą. Obecnie planuje się rozszerzenie systemu poza centrum.
Mieszkańcy Groningen są motywowani do podróży rowerami również za pomocą bodźców ekonomicznych. Część biur i firm wypłaca dodatek do pensji za dojeżdżanie do miejsca pracy rowerem. Przykład daje urząd miasta, gdzie premia ta wynosi 100 guldenów (200zł) rocznie lub dwa razy więcej, jeżeli odległość przekracza 10km. Natomiast urzędnicy dojeżdżający własnym samochodem muszą płacić za parking i mogą z niego korzystać jedynie wtedy, gdy dowożą innych pracowników (jest to tzw. car-pooling).
Kilka zdjęć z Groningen:
1)
2)
3)
Przykład tego miasta, jakich jest wiele w Holandii. Pokazuję, że inwestycja w drogi rowerowe to dobry pomysł.
Ograniczamy ilość wydzielanych do środowiska szkodliwych gazów, miasto staję się bezpieczniejsze, ludzie dbają o swoje zdrowie to zaledwie garstka z wielu zalet tego projektu. Mam nadzieję, że polskie samorządy wezmą sobie do serca przykład nie tylko Holandii, ale wielu innych krajów zachodnioeuropejskich. Należy jednak pamiętać, że sama budowa ścieżek rowerowych nie wystarczy. Należy wybudować wypożyczalnie, miejsca parkingowe, sygnalizacje świetlne. Zmiany trzeba jednak zacząć od świadomości ludzkiej, której trzeba uzmysłowić, że istnieje także inny rodzaj transportu niż samochód.
Wielu z nich przyjechało tu z innego krańca Polski, z mniejszych miast, ze wsi, z tradycyjnych polskich małych miasteczek. Przyjechali na studia, do pracy, czy w ramach poszukiwania po prostu swojego miejsca na ziemi. Zanim się zorientowali, minął rok, trzy lata, dziesięć. Niektórzy z nich wzięli kredyty czy śluby. Oni – współcześni mieszkańcy Warszawy.
Porodziły im się dzieci, a obowiązek każe pokazać im świat. Co robią warszawscy rodzice, z których spora część spędziła dzieciństwo, szalejąc na wsi wśród kur, koni i wygrzebując dżdżownice z ziemi? Edukują! Kupują dzieciom książeczki ze zwierzętami wiejskimi, uczą swoje pociechy, jak robi owca, a jak świnia. Zabierają je na spacer na Stare Miasto, gdzie jest jedyna szansa na to, by zobaczyć konia – i to nie tylko odlanego z brązu – ale żywego, z dorożką. Idą do Parku Łazienkowskiego czatować na pawie i oswojone wiewiórki. Na dobrą sprawę na tym się kończy poznawanie zwierząt w mieście (nie liczę tu psów, kotów, a także tych egzotycznych w zoo). O niektóre zwierzęta w mieście po prostu trudno. Ostatnio w Warszawie odbył się festyn kultury holenderskiej „O, Holender!”, podczas którego można było wydoić sztuczne krowy. Przez cały czas trwania festynu krowy skupiały wokół siebie rodziny z dziećmi. I nie przeszkadzało nawet to, że były to krowy różowe, błękitne, czy też w kwiatki…
Można razem z dziećmi obserwować życie owadów, ale to też wymaga pewnego przygotowania. – Wracałam ostatnio z moim chrześniakiem Dominikiem (2,5 lat) z długiego spaceru – mówi Zuzanna Lisowska, organizatorka imprez kulturalnych dla dzieci - z ulgą zobaczyliśmy na końcu drogi ławkę. Gdy do niej dotarliśmy, okazało się, że jest zajęta – przez… mrówkę. Dominik nie dał się przekonać, że śmiało możemy siedzieć na ławce wszyscy troje. Gdy podrośnie, zabiorę go go Ogrodu Botanicznego. Wspomniany ogród od kilku lat organizuje spotkania z przyrodą p.t. „Rośliny, owady i miód”, podczas których dzieci dowiadują się, że nie wszystko, co lata i brzęczy jest „wstrętną muchą” lub „przerażającą pszczołą”. Organizatorzy uczą obserwacji owadów, robienia domków dla dzikich gatunków pszczół czy zakładania ogródków przyjaznym owadom, jako że wyginięcie dzikich zapylających może mieć bardzo negatywny wpływ na człowieka, z czego mieszkaniec miasta może nie zdawać sobie sprawy.
Dziecko miejskie ma trudno w życiu. Od pierwszych swoich lat uczy się, że nie wolno deptać trawników (albo nie warto, bo jest to zagłębie psich kup), nie ma zbyt wielu okazji, by się porządnie wytarzać w błocie, albo chociażby zaznać niebywałej uciechy z zabawy w kałuży. Choć życie w aglomeracji ma też swoje plusy. – Mój syn Bruno (1,5 lat) uwielbia przyjazdy do Warszawy – mówi Iwona Kołodziejska-Degórska – doktorantka etnobotaniki i pracownik Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego. – Mieszkamy pod Warszawą, więc faktycznie na wsi. Jest tam dużo różnych ptaków, ale one nigdy nie są tak dostępne jak w mieście. Bruno jest w siódmym niebie, gdy przyjeżdżamy do Warszawy, bo gołębie chodzą tu spokojnie między przechodniami, kaczki pływają po stawie, a sikorki można karmić z ręki. Te ptaki są bliższe, są namacalne, a dla dziecka jest to bardzo ważne.
Marzenia o wsi spokojnej, wsi szczęśliwej
Miasto jest specyficznym ekosystemem. Jest tu zazwyczaj cieplej niż poza jego granicami, powietrze jest bardziej zanieczyszczone, wody są skażone, a gleby raczej jałowe i zasolone. Poza tym dominuje jeden gatunek – człowiek. Miasto jest faktycznie tworem sztucznym, ale jednakże jest ono częścią biosfery. Może być bardziej lub mniej przyjazne dla roślin, zwierząt i samego człowieka. Zwłaszcza w okresie wiosenno-letnim tysiące warszawiaków wyjeżdża za miasto. Niektórzy kupują domki letniskowe w górach czy na Mazurach – po to, aby przez kilka dni zażyć natury. Chciałoby się rzec – na zapas. Dookoła stolicy powstają nowe osiedla, które potocznie nazywa się noclegowniami. Ich mieszkańcy zazwyczaj dojeżdżają rano do pracy do Warszawy, co tworzy olbrzymie korki. Wracają do domu po południu, stojąc w równie wielkich korkach. Wszystko po to, aby mieć jednak domem z ogródkiem i namiastkę obcowania z przyrodą. – Mieszkałam kiedyś w mieszkaniu studenckim na Mokotowie, faktycznie w centrum miasta – mówi Zuzanna Lisowska – Wytrzymałam tak z trzy lata. Człowiek spędza cały dzień przy komputerze, chce wyjść na spacer, ale dokądkolwiek pójdzie, wszędzie ruchliwe ulice i bloki, bloki, bloki. Na Mokotowie jest wprawdzie Ogródek Jordanowski, ale jaka to przyjemność siedzieć na ławce pod drzewem, kiedy z każdej strony dobiega cię szum jadących samochodów?! Zuzanna przeniosła się na Bielany – dzielnicę leżącą niemalże na obrzeżach Warszawy w pobliżu Lasku Młocińskiego i Puszczy Kampinoskiej. Jest zadowolona, że może wsiąść na rower i w ciągu kilku minut być w lesie – jako takim, ale jednak lesie. Ma zamiar zostać w Warszawie do momentu, aż będzie miała dzieci. Nie może wyobrazić sobie wychowywania dziecka w mieście.
Płynie Wisła, płynie…
- Tereny miejskie mogą być kształtowane na różne sposoby. Jak najbardziej mogą mieć fragmenty dzikie, które nie są intensywnie nawożone, w których nie kosi się trawy, w których nie grabi się liści jesienią – mówi Iwona Kołodziejska-Degórska. W Warszawie takich miejsc jest kilka. Są to okolice jeziorka Czerniakowskiego, jest to część parku w Łazienkach, ale przede wszystkim są to tereny znajdujące się na prawym brzegu Wisły. – Większość takich miejsc jest zostawionych ze względów historycznych – kontynuuje – Często były to miejsca podmokłe, które trudno było zasiedlić. Teraz żyją tam różne stworzenia – począwszy od bakterii, bezkręgowców, poprzez rośliny, grzyby, duże zwierzęta. Myślę, że takie miejsca mogłyby się stać wizytówką Warszawy.
Dwa lata temu „Gazeta Stołeczna” rozpoczęła akcję „Wracamy nad Wisłę”, w ramach której warszawiacy zastanawiali się, jak powinna wyglądać rzeka w mieście. Spowodowane to było tym, że bardzo mało mieszkańców miasta wykorzystywało potencjał rzeki. Dla wielu jedyną jej atrakcją jest wyboista ścieżka rowerowa i betonowe schody. Poza tym wielu warszawiaków uważa, że „Wisła śmierdzi”, więc lepiej się tam nie zapuszczać. W ramach akcji „Wracamy nad Wisłą” na łamach gazety pojawił się cykl artykułów poświęconych nowym planom zagospodarowania rzeki – zarówno po jej prawym jak i lewym brzegu, a w kawiarniach odbyły się otwarte debaty na ten temat. Wielu urbanistów mówiło, że prawy brzeg powinien zostać dziewiczy – tam powinna w dalszym ciągu królować natura. Prawy z kolei ma reprezentować kulturę – ma być miejscem, gdzie można bawić się, uprawiać sporty i pić kawę czy piwo w przybrzeżnych knajpach.
Niezwykle ciekawą działalność prowadzi w Warszawie fundacja „Ja Wisła”. Jej założyciele zdecydowanie pasjonują się tą bardziej dziewiczym planem zagospodarowania rzeki. Pod koniec grudnia ubiegłego roku stowarzyszenie wysłało zaproszenie na Sylwestra do Portu Czerniakowskiego do swoich sympatyków. W jego treści zawarte zostały takie wskazówki: Prosimy o przyniesienie czegokolwiek nadającego się do zjedzenia dla szczura Marka (…) Prosimy nie przynosić petard, ptaki śpią. Należy się ciepło ubrać i założyć dobre buty terenowe, warto zabrać karimatę i herbatę w termosie. Można przyjść z psem lub tchórzofretką, jeżeli tchórzofretka nie zeżre naszego szczura mieszkającego pod pływającym domkiem. Prosimy zachować szczególną ostrożność względem wody i łódek zimujących na brzegu.
Celem fundacji „Ja Wisła” jest ochrona naturalnego biegu Wisły oraz unikatowych wartości przyrodniczych doliny rzeki, zachowanie nadwiślańskiego dziedzictwa kulturowego, a także kształtowanie prawidłowych relacji pomiędzy ludźmi a rzeką. Fundacja prowadzi badania stanu rzeki, jak również inicjuje działania rewitalizacyjne w dolinie Wisły, szczególnie uwzględniając zdegradowane strefy miejskie. Co ciekawe, jedną z form działań jest kultywowanie wiślanych tradycji żeglugowych, flisu i szkutnictwa ludowego. Z tego właśnie powodu członkowie fundacji zadbali o zbudowanie krypy – drewnianego promu, którym niegdyś przez Wisłę przewożono krowy i wozy. Na jej pokładzie często odbywają się projekty edukacyjne. Ostatnio warszawiacy byli zapraszani do wspólnego ogławiania wierzb. Organizatorzy prosili o zabranie ze sobą pił spalinowych, pił ręcznych, a także… sprzętu wspinaczkowego.
Rozmowy o drzewach na salonach
Wisła, mimo że dzieli miasto na dwie części, nie jest miejscem reprezentacyjnym dla Warszawy. Co innego centrum. Coraz częściej ulice Krakowskie Przedmieście i Nowy świat są nazywane salonem miasta. To tutaj turyści kierują swoje pierwsze kroki po przyjeździe do stolicy. Powstają tu nowe kawiarnie i sklepy, co dzień rano kwiaciarki rozkładają swoje stoiska, a uliczni grajkowie z uśmiechem czatują na zamożnych przechodniów. Po ostatnim wielkim remoncie Krakowskie Przedmieście stało się szerokim deptakiem. Położono tu nową jezdnię i chodniki, ustawiono efektowne reprodukcje dzieł Canaletta, pojawiło się tu też wiele nowych ławek. A co z drzewami?
Wiadomo, miasto nie jest dobrym miejscem dla drzew. Drzewa sadzone przy ulicach powinny mieć – rzec by się chciało – silny charakter. Muszą być odporne na zanieczyszczenie powietrza, a także na zasolenie, jako że każde drzewo miejskie musi znieść olbrzymie ilości soli, którą zimą posypuje się w Warszawie jezdnie i chodniki (pod tym względem najbardziej ekologiczne są kraje Skandynawii, gdzie zimą na ulice sypie się żwir). Pamiętać też należy, że takie drzewa biorą na siebie wszystkie pyły ze ścierania opon i okładzin hamulcowych.
Bardzo dobrze warunki miejskie znoszą platany. W Warszawie rosną m.in. przy Trakcie Królewskim niedaleko Placu Trzech Krzyży. Są to drzewa, które laicy najszybciej poznają po nietypowej korze. Odpada całymi płachtami, pozostawiając na pniu duże żółtawe łaty. W świecie warszawskich biologów krąży historia – trudno powiedzieć na ile prawdziwa, na ile mityczna – o starych platanach z Poznania. Mówi ona o wysokim urzędniku poznańskim, mającym dużą władzę w mieście, który większość czasu spędzał za swoim biurkiem. Gdy się już zdecydował wyjść na spacer, zaskoczony na jednej z poznańskich ulic zobaczył duże drzewa z odpadającą korą – platany. Niedopuszczalne dla niego było, by takie zaniedbane i chore drzewa szpeciły piękne miasto. Po kilku dniach stare platany zostały ścięte.
Z Iwoną Kołodziejską – Degórską idziemy Nowym Światem. Przyglądamy się małym drzewkom w doniczkach ustawionych po obu stronach ulicy. - Są to nowe importowane odmiany, które muszą być co rusz wymieniane, jako że po prostu nie przeżywają – z nieskrywaną złością mówi biolog – Doniczka to nie jest dobre miejsce dla drzewa. Mijamy dwie stare grusze, które niejako wyrastają z dwóch kawiarni. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat kawiarnie na tym miejsce zmieniały się wielokrotnie, grusze cudownie przetrwały największe polityczne i ekonomiczne zawieruchy. To właśnie o tych drzewach wspominał Tadeusz Konwicki: Nadzieją jest sama siła życia. Na Nowym Świecie może Pani zobaczyć kilka drzewek, które przetrwały zburzenie i spalenie miasta. Przetrwały stalinizm i klęskę odbudowy. Przetrwały kilka systemów i kilka reżimów. Dzisiaj rosną sobie bujnie w tym skołatanym mieście. To jest cała skromna nadzieja („Nasze histerie i nasze nadzieje”, „Gazeta Wyborcza” 3 I 1994). Po remoncie Nowego Świata i Krakowskiego przedmieścia takich starych drzew ostało się bardzo mało. Gatunki sprowadzane z zagranicy są karłowate, idealnie równe, eleganckie. - Drzewami, które dobrze znoszą warunki miejskie są oliwniki, rokitniki, część lip – ja te drzewa bardzo lubię, ale niestety nie wszyscy uważają je za piękne i reprezentatywne – wzdycha Kołodziejska Degórska.
Czy królowie też lubili tuje?
Przy Zamku Królewskim w Warszawie po ostatnich remontach posadzono kilkaset tuj. Tuje robią we współczesnej Polsce, a więc również w stolicy, zawrotną karierę. Te rośliny iglaste pochodzą z Ameryki Północnej i Azji Wschodniej. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w polskich ogródkach tuje pojawiły się dopiero w XIX wieku. Dlaczego tuje przy zamku bulwersują moją rozmówczynię? - Jeżeli poświęca się czas, energię, pieniądze na restaurację obiektów zabytkowych, to warto zainwestować w to, żeby rośliny, które się sadzi wokół nich, jakoś pasowały do obiektu, czyli np. były to rośliny sadzone w tamtych czasach. Oczywiście nie chodzi mi o to, by były tak stare, ale o gatunki, które mogły wtedy występować! Trzeba sprawdzić, poszukać w źródłach, co kilka wieków temu rosło przy Zamku Królewskim w Warszawie. Już nawet cisy byłyby lepsze…
Architekci zieleni również nie mają w mieście łatwo, szczególnie gdy chodzi o jego część centralną – salon. Co na to fachowcy od salonów? Spotkałam się z Katarzyną Fronczyk – dekoratorką wnętrz z Mokotowa. – Salony zawsze wyglądały tak, jak epoka kazała – mówi – wystarczy poczytać literaturę piękną. Salon musi być przede wszystkim elegancki, duży i… nieużyteczny – przecież w salonie nie położy się gości. W tym świetle nie można się dziwić, że w centrum miasta nie zostawia się dziewiczych połaci i nie sadzi starych gatunków lip, w cieniu których można by spocząć. Wiele drzew, do których Polacy mają sentyment, nie da się sadzić z powodu… postępu techniki. Takimi drzewami są np. kasztanowce. I o ile sto lat temu można było pod nimi zaparkować dorożką, bo koń z chęcią polował na spadające kasztany, to w czasach obecnych kierowcy aut osobowych omijają z daleka miejsca parkingowe w pobliżu kasztanowców – oczywiście w czasie, kiedy z drzewa mogą spaść jego owoce.
Nie deptać trawników!?
- Ilekroć mój chrześniak ciągnie mnie na trawnik, zamieram. – mówi Zuzanna Lisowska – Nie dostrzegam trawy i kwiatów, bo wypatruję psiej kupy. „To na szczęście” – pocieszam siebie, jeśli nie uda mi się takiej dostrzec w odpowiednio szybkim czasie… A ja przecież całe dzieciństwo spędziłam boso! Biegałam po łąkach, znałam zapach każdej trawy. Z tym, że było to na wsi… Z trawnikami w Warszawie wiąże się jeszcze jeden problem. Zadbany trawnik wymaga włożenia weń dużo pracy i sporo pieniędzy. Wymaga częstego koszenia i podlewania, co jest bardzo nieprzyjazne dla środowiska. Na południu Europy w wielu miastach są prowadzone wielkie kampanie nawołujące mieszkańców do tego, aby urządzali swoje przydomowe ogródki w taki sposób, by nie trzeba było ich podlewać. - Polska nie ma na wilgotnego klimatu przyjaznego trawie – mówi Iwona Kołodziejska-Degórska – A poza tym trawnik to jest wielka połać terenu, na której nic nie kwitnie, mało kto się na niej pożywi i trudno się w tym schować. Innymi słowy, jest to pustynia.
- Sugeruje Pani, że w Warszawie powinno być jak najmniej trawników? - dopytuję.
- Wiem, że nie jest to proste. W wielu miejscach zamiast trawników można posadzić krzewy płożące czy rabaty z kwitnącymi roślinami. Sadząc rośliny w mieście, trzeba pamiętać też o tym, że mieszkańcy miast wyprowadzają psy na spacer. Jeśli na rogu rośnie jałowiec – to pies samiec przechodząc koło niego podniesie nogę i zrobi siusiu. Jeśli jeden tak uczyni, gest ten uczynią również wszystkie kolejne psy, które będą przechodzić obok tej nieszczęsnej rośliny, przyjdzie też następny. Mało jaka roślina dobrze znosi takie „podlewanie”.
Skrzydlaci obywatele
Warto wspomnieć też o ptakach mieszkających w stolicy. Wbrew pozorom to nie są tylko gołębie, które dla wielu mieszkańców bloków są utrapieniem. W Warszawie działa sporo formalnych lub nieformalnych grup zajmujących się obserwacją skrzydlatych mieszkańców stolicy. Podczas krótkiego spaceru chociażby do Parku Skaryszewskiego można zobaczyć mewę śmieszkę, pospolitą i srebrzystą, a także modraszkę, gawrona, srokę, mazurka, bogatkę, kowalika, dzięcioła czy krogulca. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że Warszawa może się poszczycić swoimi sokołami wędrownymi, które mają gniazda na Pałacu Kultury i Nauki. Nad gniazdami są zainstalowane kamery, co umożliwia internautom obserwowanie ptaków 24 godzinę na dobę. Stowarzyszenie na Rzecz Dzikich Zwierząt „Sokół” oraz Zarząd Pałacu Kultury i Nauki regularnie organizują konkursy, których celem jest nadanie imienia nowemu sokołowi. W tym roku wśród propozycji uczestników konkursu było: Zmiennik, Hultaj, Dżygit, Chmurka, Lotka czy też Kulturka.
Innym – nieco egzotycznym dla mieszkańców Warszawy – ptakiem jest raróg. Rarogi wykorzystywane są na lotniskach w celu odstraszania innych ptaków, a co za tym idzie, zapobiegania wypadkom lotniczym. Przegonią każdego intruza! Dwa lata temu jeden z warszawskich rarogów uciekł swojemu opiekunowi i – bądź co bądź – straszył nieprzywykłych do obecności drapieżników, mieszkańców Warszawy. – Wchodzę do swojego mieszkania, a po drugiej stronie okna na parapecie siedzi olbrzymi ptak i jakby nigdy nic… wcina gołębia! – mówi Piotr Piastowski, informatyk – Byłoby to może ciekawe doświadczenie, gdyby nie to, że miałem otwarte okno i że kawałki nieszczęsnego gołębia zostawały na szybie i parapecie. Ptak siedział tak z godzinę. Robiłem mu zdjęcia. Miał obrączkę z numerem telefonu. Zadzwoniłem pod ten numer i okazało się, że jest to raróg o imieniu Orkan. Jego właściciel powiedział coś, co zwaliło mnie z nóg: „Jaka szkoda, że nie wciągnął pan mojego raroga razem z gołębiem do swojego mieszkania! Mógłbym wtedy po niego przyjechać!..”
Recepta na współistnienie
Warszawa bardzo szybko się rozwija i tam, gdzie jeszcze kilka lat temu były skwery czy nawet łąki, dziś stoją wieżowce. Ci, którzy kilka lat temu kupili mieszkanie z widokiem na Wisłę, dziś miast połaci zieleni widzą ze swojego okna swoich nowych sąsiadów. Wraz z poszerzaniem się miasta, ze wzrostem liczby jego mieszkańców, zmienia się też cały ekosystem. Coraz częściej mówi się o tym, że w niedługim czasie polskie dzieci wychowane w miastach, nie będą wiedziały, skąd się bierze mleko, warzywa, owoce. Już dziś badania prowadzone na Wyspach Brytyjskich alarmują o stanie wiedzy angielskich dzieci, dla których cała żywność powstaje w jednym miejscu – w supermarkecie.
Wiadomo, miasto jest tworem sztucznym. Tutaj przede wszystkim dba się o potrzeby człowieka, takie jak wygodne i ciepłe mieszkanie czy szybki dojazd do pracy, a co za tym idzie – kolejne osiedla i kolejne mosty. - Należy zachować równowagę między celami ludzi, a zachowywaniem tego, co jest dzikie. Często takie decyzje jak budowanie nowych obiektów, są podejmowane w sposób – nazwijmy to – polityczny. Tak naprawdę zawsze jest wiele sprzecznych interesów i – co ważne – wchodzą w grę duże pieniądze – mówi Iwona Kołodziejska-Degórska. Ważne jest, aby znaleźć równowagę. Znamienne w Warszawie jest to, że ludzie, którzy spędzili tu wiele lat, którzy odnieśli sukces zawodowy, chcą się wyprowadzić poza miasto. Niektórzy wracają do rodzimych wsi czy miasteczek, mimo że jeszcze kilka lat temu zapewniali, że Warszawa jest królestwem dobrobytu. Dlaczego? Skąd tama przemiana? Młodzi, ambitni ludzie dochodzą do wniosku, że szkoda życia, by się ciągle śpieszyć, gonić za bogactwem i nie zauważać nawet tego, jak zmieniają się pory roku, a na taką chorobę cierpi wielu warszawiaków. - Mój brat wrócił na wieś po 10 latach. W jednym z pierwszych maili napisał do mnie mniej więcej tak: „U mnie w sumie nic nowego, choć w sumie to… wiosna przyszła! Pierwszy raz po wielu latach obserwuję, jak żyje przyroda. Jabłonie kwitną, bzy kwitną…” – mówi Zuzanna Lisowska. Człowiek, aby dobrze funkcjonować na świecie, potrzebuje kontaktu z przyrodą. Miasto jest wyzwaniem. Wyzwaniem dla tych, którzy podejmują ważne decyzje o jego rozwoju, ale też jest wyzwaniem dla zwyczajnych mieszkańców, ponieważ tutaj bardzo łatwo zapomnieć, że człowiek jest częścią przyrody. - W mieście chodzi o to, żeby spokojnie przyjrzeć się interesom wielu grup – na zakończenie spotkania mówi Kołodziejska-Degórska – Te tysiące rzeczy, te interesy ekologów, polityków, przedsiębiorców trzeba zebrać do kupy i zastanowić się nad tym, co zrobić, żeby było dobrze, a nie tanio i szybko.Powinniśmy pamiętać o tym, że nigdy do tej pory my jako ludzie nie daliśmy rady w pełni opanować natury i moim zdaniem, nigdy jej w pełni nie opanujemy… Lepiej miast napinać się niesamowicie i odwracać bieg rzek czy usiłować wpędzić je w betonowe koryta oddzielone wałami, dać naturze więcej wolności. Może właśnie to jest receptą na udane współistnienie różnych gatunków w mieście? Zaprzestanie walki oraz chęci porządkowania wszystkiego, co nas otacza. Wbrew pozorom, może to zapewnić ludziom więcej spokoju i szczęścia. Tylko czy człowiek tak łatwo zrezygnuje z kontroli nad przyrodą?
Przygotowała i nadesłała: Ewa Wołkanowska
Zdjęcia autorstwa Ewy Wołkanowskiej, wyjątkiem jest zdjęcie pt. „Raróg pałaszujący gołębia w Warszawie” – jego autorem jest Paweł Kołodziej
Wrocławskie Jarmarki Ekologiczne organizowane są cyklicznie od 2001 roku, dotychczas odbyło się około 20 edycji.
Pierwotną ideą Ekojarmarków jest sięganie do wrocławskich tradycji handlowych: wieki temu Wrocław był miejscem spotkań wielu szlaków handlowych co nie tylko sprzyjało rozwojowi gospodarczemu miasta ale przede wszystkim tworzyło tygiel kulturowy pełen obfitości i różnorodności.
Obecnie Ekojarmarki starają się skupić to co najlepsze regionie: lokalnych wytwórców produkujących metodami przyjaznymi dla człowieka i środowiska, rzemieślników, rolników ekologicznych. Staramy się aby plac Solny również i teraz był miejscem spotkań dla Wrocławian: to z myślą o nich tegoroczne Ekojarmarki otwierane są Biesiadą Ekologiczną podczas której można skosztować wspaniałe potrawy z lokalnych produktów ekologicznych przygotowane przez Lokalne Partnerstwa producentów z naszego regionu.
Ekojarmark jest jedyną imprezą tego typu w Polsce podczas której łączy się formułę niekomercyjnej imprezy masowej z promocją obszarów cennych przyrodniczo (promocja regionów, lokalnych producentów ekologicznych, turystyki zrównoważonej) oraz edukacji ekologicznej. Każda edycja imprezy wzbogacona jest o elementy edukacyjno – informacyjne – pokazy, warsztaty, konkursy ekologiczne.
Największą możliwością jaką daje Ekojarmark jest edukacja konsumentów – potencjalnych odbiorców produktów lokalnych, ekologicznych i tradycyjnych. Każda edycja imprezy wzbogacona jest o punkt informacyjny gdzie odwiedzający mogą znaleźć materiały edukacyjne wydawane przez Fundację Ekorozwoju (FER) oraz naszych partnerów oraz uzyskać informacje gdzie na co dzień można kupić polecane produkty czy też zasięgnąć porady.
Więcej informacji oraz formularz zgłoszeniowy na stronie www.ekojarmark.pl
Gdy jesteśmy młodzi, szukamy miłości. Na starość zarastamy rzeczami. A jaki będzie Twój dom? Czy podążanie śladami filmowych bohaterów jest nieuchronnym procesem „dojrzewania”?
Mój pierwszy telefon komórkowy umożliwiał prowadzenie rozmowy telefonicznej bez podłączenia do gniazdka w ścianie. Miały też wyświetlacz z jedną linią cyfr, dzięki któremu można było się upewnić pod jaki numer się dzwoni.
Kolejny telefon to była rewolucja technologiczna. Nie tylko dzwonił, ale również miał zegar i budzik!
Trzeci telefon, to był prawdziwy szok! Posiadał wyświetlacz w postaci małego ekranika, na którym można było zobaczyć obrazki. Miał wiele funkcji – organizer, stoper, minutnik, melodyjki i jeszcze z pięć innych. Większość tych dodatków okazała się bezużyteczna, ale to specjalnie nie przeszkadzało.
Ile możliwości miał czwarty telefon, tego nie wiem. Nie byłem w stanie sprawdzić wszystkich gadżetów. Tak więc hasło reklamowe mówiące, że nie posiada żadnych ograniczeń, było dla mnie nie do podważenia. Chyba byłem zbyt leniwy, by poświęcić mu tyle czasu, na ile niewątpliwie zasługiwał. Na usprawiedliwienie jednak dodam, że się zepsuł i okazał się nienaprawialny.
Wróciłem do trzeciego aparatu, który szczęśliwie był ciągle sprawny. Gdy skończyła mi się umowa zaproponowano mi kolejny telefon łamiący bariery ograniczeń epoki kamienia łupanego sprzed dwóch minionych lat. Jednym słowem aparat niezbędny do życia.
Podpisałem umowę na taryfę bez telefonu. Było znacznie taniej, ale nie obyło się bez problemów. Początkowo wstydziłem się rozmawiać przy innych. Wydawało mi się, że używając starego aparatu, który jawnie wyglądał na przeterminowany, narażam się na współczucie, a może nawet wzgardę. To był trudny okres. Chodziłem smutny i znalazłem się na granicy depresji. Jednak pewnego dnia dostałem chyba jakąś grypę umysłu i zacząłem się swoim telefonem chwalić. Bo ma takie retro wzornictwo i robi to, czego od niego oczekuję. Ale, co najważniejsze – świetnie się przez niego dogaduję.