Wielu z nich przyjechało tu z innego krańca Polski, z mniejszych miast, ze wsi, z tradycyjnych polskich małych miasteczek. Przyjechali na studia, do pracy, czy w ramach poszukiwania po prostu swojego miejsca na ziemi. Zanim się zorientowali, minął rok, trzy lata, dziesięć. Niektórzy z nich wzięli kredyty czy śluby. Oni – współcześni mieszkańcy Warszawy.
Żywot dziecka miejskiego
Porodziły im się dzieci, a obowiązek każe pokazać im świat. Co robią warszawscy rodzice, z których spora część spędziła dzieciństwo, szalejąc na wsi wśród kur, koni i wygrzebując dżdżownice z ziemi? Edukują! Kupują dzieciom książeczki ze zwierzętami wiejskimi, uczą swoje pociechy, jak robi owca, a jak świnia. Zabierają je na spacer na Stare Miasto, gdzie jest jedyna szansa na to, by zobaczyć konia – i to nie tylko odlanego z brązu – ale żywego, z dorożką. Idą do Parku Łazienkowskiego czatować na pawie i oswojone wiewiórki. Na dobrą sprawę na tym się kończy poznawanie zwierząt w mieście (nie liczę tu psów, kotów, a także tych egzotycznych w zoo). O niektóre zwierzęta w mieście po prostu trudno. Ostatnio w Warszawie odbył się festyn kultury holenderskiej „O, Holender!”, podczas którego można było wydoić sztuczne krowy. Przez cały czas trwania festynu krowy skupiały wokół siebie rodziny z dziećmi. I nie przeszkadzało nawet to, że były to krowy różowe, błękitne, czy też w kwiatki…
Można razem z dziećmi obserwować życie owadów, ale to też wymaga pewnego przygotowania. – Wracałam ostatnio z moim chrześniakiem Dominikiem (2,5 lat) z długiego spaceru – mówi Zuzanna Lisowska, organizatorka imprez kulturalnych dla dzieci - z ulgą zobaczyliśmy na końcu drogi ławkę. Gdy do niej dotarliśmy, okazało się, że jest zajęta – przez… mrówkę. Dominik nie dał się przekonać, że śmiało możemy siedzieć na ławce wszyscy troje. Gdy podrośnie, zabiorę go go Ogrodu Botanicznego. Wspomniany ogród od kilku lat organizuje spotkania z przyrodą p.t. „Rośliny, owady i miód”, podczas których dzieci dowiadują się, że nie wszystko, co lata i brzęczy jest „wstrętną muchą” lub „przerażającą pszczołą”. Organizatorzy uczą obserwacji owadów, robienia domków dla dzikich gatunków pszczół czy zakładania ogródków przyjaznym owadom, jako że wyginięcie dzikich zapylających może mieć bardzo negatywny wpływ na człowieka, z czego mieszkaniec miasta może nie zdawać sobie sprawy.
Dziecko miejskie ma trudno w życiu. Od pierwszych swoich lat uczy się, że nie wolno deptać trawników (albo nie warto, bo jest to zagłębie psich kup), nie ma zbyt wielu okazji, by się porządnie wytarzać w błocie, albo chociażby zaznać niebywałej uciechy z zabawy w kałuży. Choć życie w aglomeracji ma też swoje plusy. – Mój syn Bruno (1,5 lat) uwielbia przyjazdy do Warszawy – mówi Iwona Kołodziejska-Degórska – doktorantka etnobotaniki i pracownik Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego. – Mieszkamy pod Warszawą, więc faktycznie na wsi. Jest tam dużo różnych ptaków, ale one nigdy nie są tak dostępne jak w mieście. Bruno jest w siódmym niebie, gdy przyjeżdżamy do Warszawy, bo gołębie chodzą tu spokojnie między przechodniami, kaczki pływają po stawie, a sikorki można karmić z ręki. Te ptaki są bliższe, są namacalne, a dla dziecka jest to bardzo ważne.
Marzenia o wsi spokojnej, wsi szczęśliwej
Miasto jest specyficznym ekosystemem. Jest tu zazwyczaj cieplej niż poza jego granicami, powietrze jest bardziej zanieczyszczone, wody są skażone, a gleby raczej jałowe i zasolone. Poza tym dominuje jeden gatunek – człowiek. Miasto jest faktycznie tworem sztucznym, ale jednakże jest ono częścią biosfery. Może być bardziej lub mniej przyjazne dla roślin, zwierząt i samego człowieka. Zwłaszcza w okresie wiosenno-letnim tysiące warszawiaków wyjeżdża za miasto. Niektórzy kupują domki letniskowe w górach czy na Mazurach – po to, aby przez kilka dni zażyć natury. Chciałoby się rzec – na zapas. Dookoła stolicy powstają nowe osiedla, które potocznie nazywa się noclegowniami. Ich mieszkańcy zazwyczaj dojeżdżają rano do pracy do Warszawy, co tworzy olbrzymie korki. Wracają do domu po południu, stojąc w równie wielkich korkach. Wszystko po to, aby mieć jednak domem z ogródkiem i namiastkę obcowania z przyrodą. – Mieszkałam kiedyś w mieszkaniu studenckim na Mokotowie, faktycznie w centrum miasta – mówi Zuzanna Lisowska – Wytrzymałam tak z trzy lata. Człowiek spędza cały dzień przy komputerze, chce wyjść na spacer, ale dokądkolwiek pójdzie, wszędzie ruchliwe ulice i bloki, bloki, bloki. Na Mokotowie jest wprawdzie Ogródek Jordanowski, ale jaka to przyjemność siedzieć na ławce pod drzewem, kiedy z każdej strony dobiega cię szum jadących samochodów?! Zuzanna przeniosła się na Bielany – dzielnicę leżącą niemalże na obrzeżach Warszawy w pobliżu Lasku Młocińskiego i Puszczy Kampinoskiej. Jest zadowolona, że może wsiąść na rower i w ciągu kilku minut być w lesie – jako takim, ale jednak lesie. Ma zamiar zostać w Warszawie do momentu, aż będzie miała dzieci. Nie może wyobrazić sobie wychowywania dziecka w mieście.
Płynie Wisła, płynie…
- Tereny miejskie mogą być kształtowane na różne sposoby. Jak najbardziej mogą mieć fragmenty dzikie, które nie są intensywnie nawożone, w których nie kosi się trawy, w których nie grabi się liści jesienią – mówi Iwona Kołodziejska-Degórska. W Warszawie takich miejsc jest kilka. Są to okolice jeziorka Czerniakowskiego, jest to część parku w Łazienkach, ale przede wszystkim są to tereny znajdujące się na prawym brzegu Wisły. – Większość takich miejsc jest zostawionych ze względów historycznych – kontynuuje – Często były to miejsca podmokłe, które trudno było zasiedlić. Teraz żyją tam różne stworzenia – począwszy od bakterii, bezkręgowców, poprzez rośliny, grzyby, duże zwierzęta. Myślę, że takie miejsca mogłyby się stać wizytówką Warszawy.
Dwa lata temu „Gazeta Stołeczna” rozpoczęła akcję „Wracamy nad Wisłę”, w ramach której warszawiacy zastanawiali się, jak powinna wyglądać rzeka w mieście. Spowodowane to było tym, że bardzo mało mieszkańców miasta wykorzystywało potencjał rzeki. Dla wielu jedyną jej atrakcją jest wyboista ścieżka rowerowa i betonowe schody. Poza tym wielu warszawiaków uważa, że „Wisła śmierdzi”, więc lepiej się tam nie zapuszczać. W ramach akcji „Wracamy nad Wisłą” na łamach gazety pojawił się cykl artykułów poświęconych nowym planom zagospodarowania rzeki – zarówno po jej prawym jak i lewym brzegu, a w kawiarniach odbyły się otwarte debaty na ten temat. Wielu urbanistów mówiło, że prawy brzeg powinien zostać dziewiczy – tam powinna w dalszym ciągu królować natura. Prawy z kolei ma reprezentować kulturę – ma być miejscem, gdzie można bawić się, uprawiać sporty i pić kawę czy piwo w przybrzeżnych knajpach.
Niezwykle ciekawą działalność prowadzi w Warszawie fundacja „Ja Wisła”. Jej założyciele zdecydowanie pasjonują się tą bardziej dziewiczym planem zagospodarowania rzeki. Pod koniec grudnia ubiegłego roku stowarzyszenie wysłało zaproszenie na Sylwestra do Portu Czerniakowskiego do swoich sympatyków. W jego treści zawarte zostały takie wskazówki: Prosimy o przyniesienie czegokolwiek nadającego się do zjedzenia dla szczura Marka (…) Prosimy nie przynosić petard, ptaki śpią. Należy się ciepło ubrać i założyć dobre buty terenowe, warto zabrać karimatę i herbatę w termosie. Można przyjść z psem lub tchórzofretką, jeżeli tchórzofretka nie zeżre naszego szczura mieszkającego pod pływającym domkiem. Prosimy zachować szczególną ostrożność względem wody i łódek zimujących na brzegu.
Celem fundacji „Ja Wisła” jest ochrona naturalnego biegu Wisły oraz unikatowych wartości przyrodniczych doliny rzeki, zachowanie nadwiślańskiego dziedzictwa kulturowego, a także kształtowanie prawidłowych relacji pomiędzy ludźmi a rzeką. Fundacja prowadzi badania stanu rzeki, jak również inicjuje działania rewitalizacyjne w dolinie Wisły, szczególnie uwzględniając zdegradowane strefy miejskie. Co ciekawe, jedną z form działań jest kultywowanie wiślanych tradycji żeglugowych, flisu i szkutnictwa ludowego. Z tego właśnie powodu członkowie fundacji zadbali o zbudowanie krypy – drewnianego promu, którym niegdyś przez Wisłę przewożono krowy i wozy. Na jej pokładzie często odbywają się projekty edukacyjne. Ostatnio warszawiacy byli zapraszani do wspólnego ogławiania wierzb. Organizatorzy prosili o zabranie ze sobą pił spalinowych, pił ręcznych, a także… sprzętu wspinaczkowego.
Rozmowy o drzewach na salonach
Wisła, mimo że dzieli miasto na dwie części, nie jest miejscem reprezentacyjnym dla Warszawy. Co innego centrum. Coraz częściej ulice Krakowskie Przedmieście i Nowy świat są nazywane salonem miasta. To tutaj turyści kierują swoje pierwsze kroki po przyjeździe do stolicy. Powstają tu nowe kawiarnie i sklepy, co dzień rano kwiaciarki rozkładają swoje stoiska, a uliczni grajkowie z uśmiechem czatują na zamożnych przechodniów. Po ostatnim wielkim remoncie Krakowskie Przedmieście stało się szerokim deptakiem. Położono tu nową jezdnię i chodniki, ustawiono efektowne reprodukcje dzieł Canaletta, pojawiło się tu też wiele nowych ławek. A co z drzewami?
Wiadomo, miasto nie jest dobrym miejscem dla drzew. Drzewa sadzone przy ulicach powinny mieć – rzec by się chciało – silny charakter. Muszą być odporne na zanieczyszczenie powietrza, a także na zasolenie, jako że każde drzewo miejskie musi znieść olbrzymie ilości soli, którą zimą posypuje się w Warszawie jezdnie i chodniki (pod tym względem najbardziej ekologiczne są kraje Skandynawii, gdzie zimą na ulice sypie się żwir). Pamiętać też należy, że takie drzewa biorą na siebie wszystkie pyły ze ścierania opon i okładzin hamulcowych.
Bardzo dobrze warunki miejskie znoszą platany. W Warszawie rosną m.in. przy Trakcie Królewskim niedaleko Placu Trzech Krzyży. Są to drzewa, które laicy najszybciej poznają po nietypowej korze. Odpada całymi płachtami, pozostawiając na pniu duże żółtawe łaty. W świecie warszawskich biologów krąży historia – trudno powiedzieć na ile prawdziwa, na ile mityczna – o starych platanach z Poznania. Mówi ona o wysokim urzędniku poznańskim, mającym dużą władzę w mieście, który większość czasu spędzał za swoim biurkiem. Gdy się już zdecydował wyjść na spacer, zaskoczony na jednej z poznańskich ulic zobaczył duże drzewa z odpadającą korą – platany. Niedopuszczalne dla niego było, by takie zaniedbane i chore drzewa szpeciły piękne miasto. Po kilku dniach stare platany zostały ścięte.
Z Iwoną Kołodziejską – Degórską idziemy Nowym Światem. Przyglądamy się małym drzewkom w doniczkach ustawionych po obu stronach ulicy. - Są to nowe importowane odmiany, które muszą być co rusz wymieniane, jako że po prostu nie przeżywają – z nieskrywaną złością mówi biolog – Doniczka to nie jest dobre miejsce dla drzewa. Mijamy dwie stare grusze, które niejako wyrastają z dwóch kawiarni. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat kawiarnie na tym miejsce zmieniały się wielokrotnie, grusze cudownie przetrwały największe polityczne i ekonomiczne zawieruchy. To właśnie o tych drzewach wspominał Tadeusz Konwicki: Nadzieją jest sama siła życia. Na Nowym Świecie może Pani zobaczyć kilka drzewek, które przetrwały zburzenie i spalenie miasta. Przetrwały stalinizm i klęskę odbudowy. Przetrwały kilka systemów i kilka reżimów. Dzisiaj rosną sobie bujnie w tym skołatanym mieście. To jest cała skromna nadzieja („Nasze histerie i nasze nadzieje”, „Gazeta Wyborcza” 3 I 1994). Po remoncie Nowego Świata i Krakowskiego przedmieścia takich starych drzew ostało się bardzo mało. Gatunki sprowadzane z zagranicy są karłowate, idealnie równe, eleganckie. - Drzewami, które dobrze znoszą warunki miejskie są oliwniki, rokitniki, część lip – ja te drzewa bardzo lubię, ale niestety nie wszyscy uważają je za piękne i reprezentatywne – wzdycha Kołodziejska Degórska.
Czy królowie też lubili tuje?
Przy Zamku Królewskim w Warszawie po ostatnich remontach posadzono kilkaset tuj. Tuje robią we współczesnej Polsce, a więc również w stolicy, zawrotną karierę. Te rośliny iglaste pochodzą z Ameryki Północnej i Azji Wschodniej. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w polskich ogródkach tuje pojawiły się dopiero w XIX wieku. Dlaczego tuje przy zamku bulwersują moją rozmówczynię? - Jeżeli poświęca się czas, energię, pieniądze na restaurację obiektów zabytkowych, to warto zainwestować w to, żeby rośliny, które się sadzi wokół nich, jakoś pasowały do obiektu, czyli np. były to rośliny sadzone w tamtych czasach. Oczywiście nie chodzi mi o to, by były tak stare, ale o gatunki, które mogły wtedy występować! Trzeba sprawdzić, poszukać w źródłach, co kilka wieków temu rosło przy Zamku Królewskim w Warszawie. Już nawet cisy byłyby lepsze…
Architekci zieleni również nie mają w mieście łatwo, szczególnie gdy chodzi o jego część centralną – salon. Co na to fachowcy od salonów? Spotkałam się z Katarzyną Fronczyk – dekoratorką wnętrz z Mokotowa. – Salony zawsze wyglądały tak, jak epoka kazała – mówi – wystarczy poczytać literaturę piękną. Salon musi być przede wszystkim elegancki, duży i… nieużyteczny – przecież w salonie nie położy się gości. W tym świetle nie można się dziwić, że w centrum miasta nie zostawia się dziewiczych połaci i nie sadzi starych gatunków lip, w cieniu których można by spocząć. Wiele drzew, do których Polacy mają sentyment, nie da się sadzić z powodu… postępu techniki. Takimi drzewami są np. kasztanowce. I o ile sto lat temu można było pod nimi zaparkować dorożką, bo koń z chęcią polował na spadające kasztany, to w czasach obecnych kierowcy aut osobowych omijają z daleka miejsca parkingowe w pobliżu kasztanowców – oczywiście w czasie, kiedy z drzewa mogą spaść jego owoce.
Nie deptać trawników!?
- Ilekroć mój chrześniak ciągnie mnie na trawnik, zamieram. – mówi Zuzanna Lisowska – Nie dostrzegam trawy i kwiatów, bo wypatruję psiej kupy. „To na szczęście” – pocieszam siebie, jeśli nie uda mi się takiej dostrzec w odpowiednio szybkim czasie… A ja przecież całe dzieciństwo spędziłam boso! Biegałam po łąkach, znałam zapach każdej trawy. Z tym, że było to na wsi… Z trawnikami w Warszawie wiąże się jeszcze jeden problem. Zadbany trawnik wymaga włożenia weń dużo pracy i sporo pieniędzy. Wymaga częstego koszenia i podlewania, co jest bardzo nieprzyjazne dla środowiska. Na południu Europy w wielu miastach są prowadzone wielkie kampanie nawołujące mieszkańców do tego, aby urządzali swoje przydomowe ogródki w taki sposób, by nie trzeba było ich podlewać. - Polska nie ma na wilgotnego klimatu przyjaznego trawie – mówi Iwona Kołodziejska-Degórska – A poza tym trawnik to jest wielka połać terenu, na której nic nie kwitnie, mało kto się na niej pożywi i trudno się w tym schować. Innymi słowy, jest to pustynia.
- Sugeruje Pani, że w Warszawie powinno być jak najmniej trawników? - dopytuję.
- Wiem, że nie jest to proste. W wielu miejscach zamiast trawników można posadzić krzewy płożące czy rabaty z kwitnącymi roślinami. Sadząc rośliny w mieście, trzeba pamiętać też o tym, że mieszkańcy miast wyprowadzają psy na spacer. Jeśli na rogu rośnie jałowiec – to pies samiec przechodząc koło niego podniesie nogę i zrobi siusiu. Jeśli jeden tak uczyni, gest ten uczynią również wszystkie kolejne psy, które będą przechodzić obok tej nieszczęsnej rośliny, przyjdzie też następny. Mało jaka roślina dobrze znosi takie „podlewanie”.
Skrzydlaci obywatele
Warto wspomnieć też o ptakach mieszkających w stolicy. Wbrew pozorom to nie są tylko gołębie, które dla wielu mieszkańców bloków są utrapieniem. W Warszawie działa sporo formalnych lub nieformalnych grup zajmujących się obserwacją skrzydlatych mieszkańców stolicy. Podczas krótkiego spaceru chociażby do Parku Skaryszewskiego można zobaczyć mewę śmieszkę, pospolitą i srebrzystą, a także modraszkę, gawrona, srokę, mazurka, bogatkę, kowalika, dzięcioła czy krogulca. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że Warszawa może się poszczycić swoimi sokołami wędrownymi, które mają gniazda na Pałacu Kultury i Nauki. Nad gniazdami są zainstalowane kamery, co umożliwia internautom obserwowanie ptaków 24 godzinę na dobę. Stowarzyszenie na Rzecz Dzikich Zwierząt „Sokół” oraz Zarząd Pałacu Kultury i Nauki regularnie organizują konkursy, których celem jest nadanie imienia nowemu sokołowi. W tym roku wśród propozycji uczestników konkursu było: Zmiennik, Hultaj, Dżygit, Chmurka, Lotka czy też Kulturka.
Innym – nieco egzotycznym dla mieszkańców Warszawy – ptakiem jest raróg. Rarogi wykorzystywane są na lotniskach w celu odstraszania innych ptaków, a co za tym idzie, zapobiegania wypadkom lotniczym. Przegonią każdego intruza! Dwa lata temu jeden z warszawskich rarogów uciekł swojemu opiekunowi i – bądź co bądź – straszył nieprzywykłych do obecności drapieżników, mieszkańców Warszawy. – Wchodzę do swojego mieszkania, a po drugiej stronie okna na parapecie siedzi olbrzymi ptak i jakby nigdy nic… wcina gołębia! – mówi Piotr Piastowski, informatyk – Byłoby to może ciekawe doświadczenie, gdyby nie to, że miałem otwarte okno i że kawałki nieszczęsnego gołębia zostawały na szybie i parapecie. Ptak siedział tak z godzinę. Robiłem mu zdjęcia. Miał obrączkę z numerem telefonu. Zadzwoniłem pod ten numer i okazało się, że jest to raróg o imieniu Orkan. Jego właściciel powiedział coś, co zwaliło mnie z nóg: „Jaka szkoda, że nie wciągnął pan mojego raroga razem z gołębiem do swojego mieszkania! Mógłbym wtedy po niego przyjechać!..”
Recepta na współistnienie
Warszawa bardzo szybko się rozwija i tam, gdzie jeszcze kilka lat temu były skwery czy nawet łąki, dziś stoją wieżowce. Ci, którzy kilka lat temu kupili mieszkanie z widokiem na Wisłę, dziś miast połaci zieleni widzą ze swojego okna swoich nowych sąsiadów. Wraz z poszerzaniem się miasta, ze wzrostem liczby jego mieszkańców, zmienia się też cały ekosystem. Coraz częściej mówi się o tym, że w niedługim czasie polskie dzieci wychowane w miastach, nie będą wiedziały, skąd się bierze mleko, warzywa, owoce. Już dziś badania prowadzone na Wyspach Brytyjskich alarmują o stanie wiedzy angielskich dzieci, dla których cała żywność powstaje w jednym miejscu – w supermarkecie.
Wiadomo, miasto jest tworem sztucznym. Tutaj przede wszystkim dba się o potrzeby człowieka, takie jak wygodne i ciepłe mieszkanie czy szybki dojazd do pracy, a co za tym idzie – kolejne osiedla i kolejne mosty. - Należy zachować równowagę między celami ludzi, a zachowywaniem tego, co jest dzikie. Często takie decyzje jak budowanie nowych obiektów, są podejmowane w sposób – nazwijmy to – polityczny. Tak naprawdę zawsze jest wiele sprzecznych interesów i – co ważne – wchodzą w grę duże pieniądze – mówi Iwona Kołodziejska-Degórska. Ważne jest, aby znaleźć równowagę. Znamienne w Warszawie jest to, że ludzie, którzy spędzili tu wiele lat, którzy odnieśli sukces zawodowy, chcą się wyprowadzić poza miasto. Niektórzy wracają do rodzimych wsi czy miasteczek, mimo że jeszcze kilka lat temu zapewniali, że Warszawa jest królestwem dobrobytu. Dlaczego? Skąd tama przemiana? Młodzi, ambitni ludzie dochodzą do wniosku, że szkoda życia, by się ciągle śpieszyć, gonić za bogactwem i nie zauważać nawet tego, jak zmieniają się pory roku, a na taką chorobę cierpi wielu warszawiaków. - Mój brat wrócił na wieś po 10 latach. W jednym z pierwszych maili napisał do mnie mniej więcej tak: „U mnie w sumie nic nowego, choć w sumie to… wiosna przyszła! Pierwszy raz po wielu latach obserwuję, jak żyje przyroda. Jabłonie kwitną, bzy kwitną…” – mówi Zuzanna Lisowska. Człowiek, aby dobrze funkcjonować na świecie, potrzebuje kontaktu z przyrodą. Miasto jest wyzwaniem. Wyzwaniem dla tych, którzy podejmują ważne decyzje o jego rozwoju, ale też jest wyzwaniem dla zwyczajnych mieszkańców, ponieważ tutaj bardzo łatwo zapomnieć, że człowiek jest częścią przyrody. - W mieście chodzi o to, żeby spokojnie przyjrzeć się interesom wielu grup – na zakończenie spotkania mówi Kołodziejska-Degórska – Te tysiące rzeczy, te interesy ekologów, polityków, przedsiębiorców trzeba zebrać do kupy i zastanowić się nad tym, co zrobić, żeby było dobrze, a nie tanio i szybko. Powinniśmy pamiętać o tym, że nigdy do tej pory my jako ludzie nie daliśmy rady w pełni opanować natury i moim zdaniem, nigdy jej w pełni nie opanujemy… Lepiej miast napinać się niesamowicie i odwracać bieg rzek czy usiłować wpędzić je w betonowe koryta oddzielone wałami, dać naturze więcej wolności. Może właśnie to jest receptą na udane współistnienie różnych gatunków w mieście? Zaprzestanie walki oraz chęci porządkowania wszystkiego, co nas otacza. Wbrew pozorom, może to zapewnić ludziom więcej spokoju i szczęścia. Tylko czy człowiek tak łatwo zrezygnuje z kontroli nad przyrodą?
Przygotowała i nadesłała: Ewa Wołkanowska
Zdjęcia autorstwa Ewy Wołkanowskiej, wyjątkiem jest zdjęcie pt. „Raróg pałaszujący gołębia w Warszawie” – jego autorem jest Paweł Kołodziej

Dom . . . piękny tekst.. nosiłbym go chętnie na piersi i plecach.
Ciepła, życzliwości i zaufania,.. powinno być jak najwięcej, ale,..
Właśnie bez żadnych ale.
Niestety,.. ludzie zbyt często, miewają humory, marszczą się,
dąsają,.. złoszczą.
.. a potem.. produkują mury, drut kolczasty , małe pociski do dziurawienia serc,.. większe do rozrywania ciał . . .
i jeszcze znajdują się tacy, co mówią, że wojny przyśpieszają rozwój technologiczny – nie wierzcie w to!
Aby wypracować przyjazne dla środowiska technologie, potrzebna jest pozytywna energia.
Miłość, szacunek i tolerancja.
Zgoda buduje, niezgoda rujnuje.
Autor: And41x1 — 09/2010, 20:26
Bardzo fajny artykuł. Zazwyczaj ludzie piszą o mieście (i w ogóle świecie) w samych superlatywach, albo przeciwnie – przygnębiająco, odstraszająco. W tym tekście jest zdrowa równowaga. Przejrzyście przedstawione problemy… Przeczytałbym więcej, a więc gratuluję autorowi.
Autor: MaPaKi — 01/2012, 18:41